Archiwa tagu: morskie opowieści

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Może ktoś się będzie zżymał
Mówiąc, że to zdrożne wieści
Ale właśnie to jest klimat
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy powoli zbliżamy się do końca opowieści. Wypłynęliśmy z Zarzęcina w samo południe. Pogoda dopisywała jeżeli chodzi o słońce, gorzej było z wiatrem. Żeglowaliśmy sobie bez większych komplikacji, w tempie leniwym, aczkolwiek bardzo miłym. W Zarzęcinie mieści się stanica ZHP i właśnie młode harcerki miały zajęcia z pływania na omegach. Kluczowym punktem programu było oblewanie załóg innych łódek litrami wody. Ile było przy tym śmiechu, zabawy i pisków. Naprawdę nigdzie się nam nie spieszyło.

Pozwolę poczynić sobie tu jedną uwagę dla niedoświadczonych żeglarzy. Umawiajcie się na spotkanie z książętami pszczyńskimi na stałym lądzie. Jest to doprawdy bardzo, bardzo podstępne towarzystwo. Łatwo i chętnie do nas przychodzi i oczywiście to jest miłe, kto z nas w końcu nie lubi gościć gości. Wiadomo “Wszyscy Polacy to wielka rodzina…”. Pewien jednak problem, natury towarzyskiej, rozpoczyna się w chwili, kiedy towarzystwo wybawi się na całego i zabiera się do wychodzenia. Uwierzcie mi, że nie da się tego zrobić na łódce po angielsku. No ale nasz gość, nasz pan. Ile można wstrzymywać i opóźniać tą nieuniknioną chwilę. I chcąc, nie chcąc, goście musieli wychodzić przez dziób, tuż za fokiem.

Nasz pierwotny plan zakładał dopłynięcie do Sulejowa. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie będziemy psuć tak pięknego dnia Panom Policjantom i Panom Ratownikom telefonami z jakiejś mielizny. Postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek w Barkowicach Mokrych. Przy samej plaży jest bar, gdzie można kupić niezłą zapiekankę z pieczarkami, flaczki, żurku nie polecam. Obsługuje para kosmitów, płci męskiej i żeńskiej, o bliżej niesprecyzowanym wyglądzie i jakiś takich dziwnych minach. Cóż można powiedzieć więcej na temat tego uroczego miejsca. No ma bardzo fajną nazwę. Na tym pozwolę sobie zakończyć, tak na wszelki wypadek, gdyby miało się okazać, że drugi człon nazwy tej miejscowości został jej nadany nie bez kozery.

Po około dwóch godzinach wyruszyliśmy w drogę powrotną do Bronisławowa, aby spędzić tam kolejną noc. Znowu żeglowaliśmy sobie bez większych komplikacji w tempie leniwym, aczkolwiek bardzo miłym. Los bywa jednak mściwy. Na wysokości Zarzęcina dopadła nas klątwą harcerek. Wpadliśmy w jakąś pętlę czasoprzestrzenną. No wiecie, jak z tym czarnym kotem, który przed chwilą przebiegł nam drogę. Położyłem się około 15, na taką małą poobiednią drzemkę. Byliśmy wtedy na wysokości stanicy. Około godziny 16, kiedy zapytałem się gdzie jesteśmy, otrzymałem odpowiedź: na wysokości stanicy. Z pewnym niedowierzaniem postanowiłem to sprawdzić. Wychynąłem na świat z otchłani kajuty i włosy zjeżyły mi się na głowie. Byliśmy na wysokości stanicy. Słońce bezlitosne piekło. Nie było żadnej ucieczki przed nim na tym plastikowym skrawku przeklętej łajby. W kajucie diabły rozpaliły już pod kotłami. Kończyły się zapasy słodkiej wody. Co chwilę dało się słyszeć nerwowy śmiech któregoś z towarzyszy. Nikt nie patrzył sobie prosto w oczy. Zrozumieliśmy, że zbliża się nieuniknione. Nie mogliśmy mieć przecie pretensji do Łodygi. Co miał zrobić chłopak, no sam w te żagle nie nadmucha. Teoria naukowego halsowania wzięła jakoś w łeb. Bajdewind, baksztag, fordewind i nawet półwiatr wzięły sobie wolne i wyjechały na urlop, na Mazury. Los ulitował się w końcu i udało się nam dotrzeć jakoś do Bronisławowa (tu pozwolę dokonać sobie pewnego skrótu, bo postanowiłem zakończyć w tym tygodniu ten wątek, zresztą o czym tu mówić, o tym, jak podchodziliśmy z pięć razy do wejścia do portu i jakoś tak nie mogliśmy trafić w półkilometrowy przesmyk, dwa razy lądując prawie że na mieliźnie, wiało nudą po prostu).

Noc w Bronisławowie nie była już taka wesoła. Tęskniliśmy za Zarzęcinem. Bronisławów to typowy asfalt, betonowe ścieżki, bary i mnóstwo buców w dresach z paskami, rozmnażającymi się przez pączkowanie, tak że trudno je zliczyć. Pamiętajcie Zarzęcin i tylko Zarzęcin. Poszliśmy wcześnie spać, w nocy była burza.

Wstaliśmy rano i nie było już fajnie. Niebo pokrywały granatowo – stalowe chmury. Łódkę mieliśmy oddać do godziny 14. Chcieliśmy zrobić to szybko i sprawnie. Na naszych chęciach się zakończyło. Zanim wygrzebaliśmy się z pieleszy, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy cały majdan, zrobiła się godzina 12. Chmury były bardziej granatowe i stalowe niż o poranku. Wypłynęliśmy w stronę burzy. Rozpoczął się wyścig z czasem. Zwątpiłem w naszą szczęśliwą gwiazdę. Spowodowała to Macios. Macios do tej pory radosny i beztroski spochmurniał. Minę miał poważną, zatroskaną. Ze słowami na ustach: “Ja to wszystko pitolę” poszedł położyć się do kajuty. Łodyga i Paulina byli dobrej myśli, ale i tak atmosfera zrobiła się napięta. Zaczął padać deszcz. To tu, to tam uderzał piorun, przetaczając się po zalewie z złowróżbnym hukiem. Udzieliła mi się nerwowość i napięcie Maciosa. Reszta wymuszonym uśmiechem pokrywała zdenerwowanie i rodzący się strach. Płynęliśmy już w strugach deszczu. Burza była przed nami. Wszystko wskazywało na to, że wpływamy w oko cyklony. Ustał wiatr. Zrozumiałem dojmujące znaczenia powiedzenia “Cisza przed burzą”. Nie chciałem już patrzeć na Maciosa. Strach był zbyt wszechogarniający.

Jak to mówi przysłowie: “Głupi ma zawsze szczęście”. Na szczęście dla nas okazało się ono prawdziwe. Tylko zmokliśmy, a u niektórych pojawiło się parę siwych włosów na skroni. Cała nawałnica ominęła nas bokiem. Do plaży w Karolinowie dopłynęliśmy na pagajach radośni i szczęśliwi, że to jednak już koniec. Nastąpiło szybkie rozpakowanie łódki (czas gonił, była już prawie 14). Do Borek popłynął Łodyga, Macios, Wółek i Maro. Czekała ich jeszcze męska rozmowa, z miejscowym Bosmanem, na temat stanu tej starej krypy i kosztów, które poniesiemy za jej wypożyczenie. Ja miałem przyjechać po nich do Borek samochodem. W międzyczasie rozpadało się na dobre. Chłopaki odbyli mało ciekawą, dwugodzinną podróż na pagajach i w deszczu. Dali znać około 16, żebym już jechał.

Łodyga, wspierany dzielnie przez pozostałych, stanął na wysokości zadania. Łodyga przeprowadził bardzo męską i twardą rozmowę z Bosmanem. Wynikiem jej było obniżenie kosztów wypożyczenia łódki z 240 złotych do 120 (zapłaciliśmy tylko za jedną dobę) i stwierdzenie Bosmana, abyśmy już tu więcej nie przyjeżdżali i tak u niego łódki nie dostaniemy. Panie Bosmanie nie ma obawy. Nawet gdyby Pan chciał nam dopłacić, więcej nasza noga u Pana nie postanie. Pozdrawiamy ozięble, z domieszką ironii.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie. Było to rewelacyjne 48 godzin. Dziękuję wszystkim za doskonałe towarzystwo i zabawę. Przypomnijmy sobie: Łodyga, Macios, Paulina, Maro, Magda, Wółek, no i ja WYZYK – doborowa drużyna, której znajomość okrzepła w trudach i znojach wyprawy. Żegnajcie, może kiedyś, gdzieś uda nam się jeszcze spotkać pośród bezmiaru toni wód.

Pływał raz WYZYK, który
Żywił się wyłącznie pieprzem
Sypał pieprz do konfitury
I do zupy mlecznej

To dobry moment żeby zakończyć (łezka kręci mi się w oku)

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
I tak dobiegł do końca wątek skandalu pływacko – obyczajowego. Pozwoliłem sobie dokonać pewnych skrótów, bo podobno moja opowieść zaczęła przypominać już “W kamiennym kręgu”. Może za tydzień będzie jakiś mały epilog. Parę takich luźnych uwag o rzeczach, które z uwagi na zdrowie psychiczne i możliwości percepcji moich szanownych czytelników pominąłem. Może będzie coś innego. Zobaczymy.

Ps. 1
Zaznaczam też, że wszystkie opisane w tej historii wydarzenia są fikcyjne. Ot wytwór chorej wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do czegokolwiek i kogokolwiek jest przypadkowe i niezamierzone.

“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-08-30 18:33)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Łajba to jest morski statek,
Sztorm, to wiatr co dmuch z gestem
Cierpi kraj na niedostatek
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy wyprawa trwała. Wstaliśmy skoro świt, a świt to był prawdziwy (przynajmniej, jeżeli kładziesz się spać tak jakoś tuż przed świtem). Była godzina siódma rano i słońce wygoniło nasz z kajuty. Co dziwne, powiem Wam, że ja przynajmniej czułem się rześki i w pełni gotowy do dalszych przygód.

Razem z Maciosem, Pauliną i Wółkiem postanowiliśmy iść do sklepu. Taka mała wyprawa w nieznane, ot Zarzęcin o poranku. Znajomość realiów polskiej wsi ułatwiła nam w znacznej mierze poszukiwania. Tu parę słów porady dla niedoświadczonego turysty: odnajdź główną drogę prowadzącą przez wieś, idź przed siebie, patrz gdzie kłębi się tłumek potrzebujących, a wcześniej czy później na pewno natkniesz się na sklep. Centrum gastronomiczno-kulturalne przerosło nasze oczekiwania. Stanęliśmy przed pięknym, jednopiętrowym budynkiem, w szarym kolorze, o doskonałym kształcie prostopadłościanu. Mieliśmy tu wszystko, strawę dla ducha i dla ciał. W budynku, na parterze, mieściła się kaplica i sklep spożywczy, rozdzielone placówką ochotniczej straży pożarnej, a na pierwszym piętrze swoją miejscówkę (zauważyłem, że jest to ostatnio sformułowanie bardzo trendy, ale to jest już raczej temat na inną opowieść) miała oaza. No żyć nie umierać, biorąc zwłaszcza pod uwagę te młode niewinne duszyczki.

Szefową sklepu była Pani Henia. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Już, już zbliżaliśmy się do lady, gdy do sklepu wszedł osobnik płci męskiej, w wieku czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Wzrok miał dziki, posturę nikczemną, chuch nieświeży. Wdarł się przed nas. Usłyszeliśmy z jego ust sakramentalne zdanie: “Henia chleb, paczka waletów i wino”. Pani Henia, opoka miejscowego handlu, stanęła na wysokości zadania. Kulturalnie acz stanowczo zakomunikowała przybyszowi: “Stasiek, ale Ci Państwo byli przed tobą w kolejce”. Stasiek obrzucił nas wzrokiem, który z racji wczesnej pory jak i stanu Staśka nie wyrażał zbyt wiele i zakomunikował, kierując swe słowa gdzieś w przestrzeń, pomiędzy nami a Panią Henią: “Młodzi są, stali tyle to jeszcze chwilę postoją”. No cóż takiej sile argumentów nie było się w stanie oprzeć. Może też kiedyś znajdzie się człowiek w potrzebie. Może jakaś życzliwa dusza się ulituje, tym bardziej, że wina już nie było, została tylko nalewka i zrobiło się nam żal chłopa. Biedny Stasiek, chcąc nie chcąc musiał zadowolić się jakimś marnym ersatzem.

Ja z Wółkiem zakupiłem najbardziej niezbędne produkty (po suchej bułce i litrze maślanki, oj, joj, joj jaka była dobruchna). Paulina chciała zakupić świeczki na wieczór. Perfidnie ich zabrakło (to pewnie była sprawka tej oazy, no wiecie wino, świece i poezja Cypriana Kamila Norwida po blady świt), ale za to Pani Henia zaproponowała nam znicze. Tu powstał pewien problem natury estetycznej. Mieliśmy do wyboru znicze w odcieniu błękitnym, czerwonym i zielonym. Po krótkiej, ale zagorzałej dyskusji, w której czynny udział wzięła Pani Henia wybraliśmy, nie wiedzieć czemu, zielony. Niepojęte są zakamarki kobiecej psychiki, no i oczywiście psychiki Pani Heni. Paulina z Maciosem kontynuowali zakupy, a my z Wółkiem udaliśmy się przed sklep. W tym momencie poczułem się jak w Karolinowie. Dwaj skacowani osobnicy, siedzący na ławce, zmierzwiony włos, królicze oczka, maślanka w dłoni, a tu cała wieś do kaplicy udaje się na poranną mszę. Ech człowiek to całe życie ma jakoś tak pod górkę. Popatrzyliśmy się na siebie z niemym wyrazem bólu i poczucia niesprawiedliwości, rysującym się w naszych pięknych młodych oczętach i doszliśmy do wniosku, że chyba pora już wracać na łódkę.

Na miejscu okazało się, że prawie już wszyscy wstali (poza Marem, ale nie mieliśmy sumienia go jakoś budzić, jakoś tak bardzo się nam nie spieszyło, niech się w końcu chłopak wyśpi, mamy przecież dobre i wrażliwe serca na ludzkie potrzeby). Kolega Łodyga przygotował nam pyszne śniadanie. Było ono iście królewskie jak na te warunki, a najbardziej zaimponowała mi deseczka do krojenia chleba w kształcie jabłuszka (jest to jeden z podstawowych elementów teorii kolegi Łodygi, teorii “drobnych przyjemności”, pozwolę sobie jednak poświęcić tej kwestii osobny Poniedziałek). Po śniadaniu, porannej toalecie (tak, tak jesteśmy cywilizowanymi troglodytami) udaliśmy się na keję, aby przyjemnie poleniuchować w promieniach porannego słońca.

I tu w nasze życie wdarło się złowieszcze fatum, a geniusz Łodygi objawił swoją wielkość. Zaczęło się niewinnie. Jako że lepiej jakoś tak czułem się w pozycji horyzontalnej, położyłem się na rozłożonym na deskach śpiworze. Wzrok utkwiłem tępo w niebo, przybierając jednocześnie na twarzy wyraz zadumy i refleksji. Po mojej głowie ganiały się jakieś dwie dziwne myśli. Jedna coś mówiła o książętach, pszczyńskich, chyba. Druga, krzyczała coś, że nigdy więcej, że to już definitywny koniec tej znajomości, rodzinka jakaś taka podejrzana i wątpliwych zalet. Dominował zaś tępy ból. Książęta pszczyńscy odnosili właśnie swoją vicotrię pod Wiedniem, gdy mój wzrok utkwił w miejscu, w którym sztag przymocowany jest do masztu (dla mniej wytrawnych wilków morskich: sztag – metalowa linka podtrzymująca maszt, rozciągnięta miedzy dziobem a topem masztu). W tym momencie mój ogląd świata wyostrzył się, a w głowie rozpoczęła się rozpaczliwa gonitwa fobii. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w tych sprawach, ale linka ta, nie powinna chyba przypominać w tym miejscu jeża w okresie godowym. Tak nieśmiało zapytałem się Maciosa i Łodygi co też oni uważają na ten temat. Z racji tego, że moja twórczość skierowana jest do szerokiego kręgu odbiorców pozwolicie, że nie zacytuję tu słów które padły. Cały maszt trzymał się na trzech cienkich drucikach. Rozpoczęła się akcja opuszczania masztu. Dobrze, że był z nami Maro, który wyspany już i w dobrym humorze pomógł nam w całej operacji. Chłopakom udało załatwić się stary, zardzewiały sztag od miejscowego bosmana i tak trochę na wpół prowizorycznie przymocować go do masztu.

Bosmana z Borek bardzo musiały piec uszy, bo zadzwonił do Łodygi. No cóż nie poprawił nam nastroju. Zakomunikował, że powinniśmy już wracać, bo co prawda wypożyczył nam łódkę na dwie doby, ale zapomniał, że obiecał ją wcześniej komuś innemu. Odbyła się ożywiona dyskusja (też pozwolę sobie jej nie przytaczać w szczegółach) co dalej robić. W WYRZyku, zaczął trochę słabnąc morski duch. Tego było trochę za dużo. Reszta drużyny też zaczęła się wahać. I tu po raz kolejny stanął na wysokości zadania Maro, który w słowach mocnych, męskich, szczerych, bezpardonowych powiedział co myśli o całej sytuacji i co może sobie Pan Bosman zrobić z zapomnianą rezerwacją. Nie wypożyczajcie nigdy łódki w Borkach, będziecie dłużej żyć, a na pewno będziecie zdrowsi.

Wyprawa trwała dalej. Tak oto w samo południe, pożegnaliśmy przyjazną keję w Zarzęcinie. Niektórym łezka zakręciła się w oku, kiedy odbijaliśmy od kei. Dziewczęta machały nam na pożegnanie z wysokiego klifu, patrząc z zadumą w dal, a stary Bosman udawał, że to wiatr sypnął mu piachem w oczy. Przed nami rysował się odległy horyzont i bezmiar wody. Rozpoczął ie. kolejny dzień wyprawy.

Niech drżą gitary struny,
Niech wiatr grzywacze pieści,
Gdy płyniemy pod banderą
Morskich opowieści

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
No tak dzisiaj miało się zakończyć, ale widzicie sami, no nie da się:-) Niektórzy zresztą składali reklamację, że traktuję temat zbyt powierzchownie, no ale czy ludziom się dogodzi

Ps.1
Przepraszam, że tak późno, ale rozumiecie geniusz ma swoje prawa i swoje niedoskonałości. Nie zawsze jest ot tak na zawołanie.

Ps.2
O kurcze, wiecie ile mam w głowie jeszcze pobocznych wątków, które rodzą się w trakcie pisania, aż sam się boję 🙂

“Kiedy się idzie po miód z balonikiem, to trzeba się starać, żeby pszczoły nie widziały, po co się idzie.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-08-23 23:55)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy, członkowie drużyny nieświadomi siły fatum, które nad nimi zawisło rozpoczęli wyprawę w nieznane. Pogoda była jak marzenie. Słońce przygrzewało milutko, wiał lekki wietrzyk, tak akurat aby spokojnie sobie popływać. Mieliśmy na wstępie pewny problem z odpłynięciem w nieznane. Dowiedziałem się wtedy, ku memu ogromnemu zdziwieniu, że łódki nie płyną na wprost. Okazało się też, że czasami płyną tam gdzie same chcą. Po małych wysiłkach udało nam się w końcu wyjść na otwarte wody. I tu nastąpiła niemiła niespodzianka. Miecz zaciął się i mając za nic nasze starania, nie chciał się wysunąć.

Wyzyk siedział skulony w kokpicie. Przez twarz biedaka przewijały się wszystkie kolory tęczy. To był blady jak płótno, to przypominał kiść winogron, za chwilę zaś kardynalskie szaty. Jedynym ratunkiem pozostawali książęta pszczyńscy. Toteż Wyzyk zaczął ratować się bez opamiętania.

Łodyga z Maciosem po bezowocnych próbach opuszczenia miecza doszli do wniosku, że bez niego nie zostaniemy pogromcami zalewu. Postanowili dobić do brzegu, przechylić łódkę i odblokować go. Tak też zrobiliśmy. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. I tu na ratunek przyszedł Macios, który nie zważając na niebezpieczeństwo, postanowił heroicznie zanurkować pod łódkę i wyciągnąć miecz. Wszyscy już mieliśmy wizje Maciosa z głową rozpłataną kilkunastokilogramowym żelastwem, unoszącego się na spokojnych, zielonkawych toniach zalewu (zielonkawych, jako że jak co roku zalew zaczął już kwitnąć, pokrywając swą powierzchnię malowniczą warstwą glonów).

Kolega Łodyga spoglądał nadal podejrzliwie w stronę Wyzyka, posądzając go niesprawiedliwie i bez zdania racji, że wykorzysta on chwilę nieuwagi pozostałych uczestników i czym prędzej czmychnie tchórzliwie w stronę ściany lasu. Ja zaś nieświadom niczego trzymałem w jednej ręce linę, którą przyczepiliśmy do masztu, aby przechylić łódkę, w drugiej zaś butelkę ze złocistym lekarstwem na mą skołataną duszę. Cała operacja zakończyła się pełnym sukcesem. Zadowoleni z siebie wskoczyliśmy na pokład (ja powoli zacząłem wskakiwać już jak sarenka).

Łodyga przy sterze, dzierżąc dzielnie rumpel, zakrzyknął dziarsko: “Do zwrotu przez sztag.”. Wszyscy zgodnym chórem odpowiedzieli: “Yes do zwrotu przez sztag”. Łodyga, rumplując z całych sił, wydał komendę: “Lewy foka szot luz i prawy foka szot wybieraj”. Już widzieliśmy te fale, rozpruwane dziobem naszej łajby, te wołające o litość i zmiłowanie młode harcereczki, których Omegi szły powoli na dno po naszym abordażu, już czuliśmy ten wiatr we włosach i glony na naszych twarzach. Było już tak pięknie, za pięknie, wręcz obrzydliwie pięknie.

Na szczęście właśnie w tym momencie zobaczyliśmy zrozpaczoną twarz Łodygi, który trzymał przed sobą ułamany rumpel. Ja tam się nie znam i nie chcę się mądrzyć, ale chyba ciężko gromiłoby się Zalew bez sprawnego steru. Od czego jednak mieliśmy Maciosa. Macios, jak to Macios, z obojętną miną słonia, wziął od Łodygi rumpel, drugą stroną wbił go w ster, uśmiechnął się skromnie i zakomunikował, że usterka została już usunięta. Pomyśleliśmy sobie, że najgorsze już za nami. Z otuchą w sercu i pieśnią na ustach wyruszyliśmy na północ.

Teraz wszystkie oczy zwróciły się z pewnym zainteresowaniem na Wyzyka. WYzyk, który do tej pory siedział w kokpicie, na koi, zaczął coraz śmielej wyzierać na świat. Twarz mu się uspokoiła, poliki przyoblekł zdrowy rumieniec, w oczach zaczęły igrać wesołe błyski. I nie wiadomo co było przyczyną tego stanu rzeczy, czy kojący głos Łodygi, czy entuzjazm Maciosa, czy spokój Pauliny, czy też żarciki Mara, Magdy i Wółka (ja tam bym raczej stawiał na książąt pszczyńskich), fakt jednak faktem, że WYZyk, wyszedł na pokład. Drużyna nie zdążyła otrząsnąć się jeszcze z pierwszego szoku, kiedy to WYZYk wesołym krokiem starego wilka morskiego (no rozumiecie, że na łódce buja, więc człowiek ma prawo się chwiać) udał się w stronę dziobu. Oczom wszystkich ukazał się WYZYK na skraju dziobu, uczepiony sztagu, z rozpostartymi szeroko rękoma, który coś zaczął krzyczeć o jakimś królu świata. Potem było już z górki. WYZYK luzak łapiący przechyły, WYZYK ostoja spokoju i opanowania, WYZYK stary pirat.

Icki na wantach leniwie łopotały poruszane lekkim baksztagiem. Dzień upłynął sielsko na spokojnym żeglowaniu. Co ciekawe, okazało się że najkrótsza droga z punktu A do punktu B nie przebiega w linii prostej, tylko przez punkt C, D E, itd. Podobno nazywa się to halsowaniem i podobno na tym polega cała przyjemność. Tylko, że z mojego punktu widzenia polegało to na płynięciu tam i z powrotem, tam i z powrotem i znowu tam i z powrotem, co po jakiś 2 godzinach pozwalało nam pokonać w linii prostej, tak gdzieś około 500 metrów (no oczywiście jak wiatr był sprzyjający).

Na szczęście mieliśmy Wółka, który starał się utrzymać w nas wysoki poziom adrenaliny. Zrodził się w jego głowie drobny problem natury psychologicznej (sugerował zresztą bez krzty racji, że udzielił mu się on jeszcze od Wyzyka, ech ci nieżyczliwi ludzie, co też potrafią napleść). Niezależnie od tego jak daleko znajdowała się inna łódka, którą mijaliśmy, czy był to kilometr, czy dwa, zawsze wydawało mu się, że płyniemy na kurs kolizyjny. No może raz, najwyżej dwa z kajaka zrobilibyśmy U-Boota, ale Maro był zawsze czujny i okrzykiem “Wiosłuj stary, wiosłuj” opanowywał sytuacje. Szkoda nam było Wółka, ale cóż nie każdy w końcu może wykazać się hartem ducha WYZYKA.

Na noc przybiliśmy do kei w Zarzęcinie. WYZYK wam mówi, że jeżeli będziecie kiedykolwiek żeglować po zalewie, to nie warto spędzać nocy w żadnym innym miejscu. Znajduje się tu malowniczo położony wśród lasów, na wysokim klifie, namiot, w którym znużony podróżnik może znaleźć wszystko co potrzebne do pokrzepienia duszy i ciała. Piwo co prawda trochę drogawe jak na to miejsce (4 pln), ale szanty śpiewane do białego świtu przez miejscowych zabijaków osładzały tą drobną nutę goryczy. Towarzystwo powoli się wykruszało. Do końca pozostali przy stoliku najtwardsze wilki morskie: WYZYK (około 11 książąt na swoim koncie), Macios (wynik zbliżony) i Paulina (ktoś musiał trafić na łódkę). W doskonałych humorach udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Nasze doskonałe samopoczucie nadwyrężyło trochę spokój duszy Mara, będącego już na nocnych marach. Przez naszą nierozwagę został wyrwany brutalnie z tego błogiego stanu. Coś tam wspominał, wychodząc spać na keje, że będziemy nazajutrz biegać po rejonach. Niektórzy moi koledzy (opacznie zresztą jak się później okazało) odczytali to jako aluzję do szpitali rejonowych. Dlatego też, jako odpowiedzialni obywatele, w trosce o i tak już nadwyrężoną kondycję służby zdrowia, udaliśmy się bez dalszego ociągania spać. Następnego dnia wstaliśmy skoro świt. Rozpoczął się kolejny dzień wyprawy…

Kto chce ten niechaj wierzy
Kto nie chce, niech nie wierzy
Nam na tym nie zależy
Więc wypijmy jeszcze

To dobry moment, żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Historia skandalu pływacko-towarzyskiego miała składać się z dwóch odcinków, ale jakoś tak wyszło, że powstanie trzeci. No nie da się tego nijak skrócić (i tak z wielką strata dla mej twórczości, w trosce o Wasze zdrowie tnę jak tylko mogę) . Uwierzcie mi, też Wam współczuję
z całego serca.

Ps. 1
Zrobię wszystko, żeby za tydzień zakończyć już ten wątek, ale klnę się na moich przodków Wikingów, że najlepsze jeszcze przed Wami 🙂

“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-08-16 01:45)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Kto chce ten niechaj słucha
Kto nie chce, niech nie słuch
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści

Tak, tak moi drodzy, dziś będzie o tym jak Wyzyk został postrachem kajaków i rowerów wodnych na Zalewie Sulejowskim.

Zaczęło się wszystko niewinnie, od kolegi Łodygi, który tak z pewna nieśmiałością zaproponował, abyśmy wypożyczyli łódkę na trzy dni (tak naprawdę były to dwie doby, ale w tej formie lepiej brzmi, to te negatywy, które umiejętnie zamieniam w pozytywy). Wtedy to niejaki kolega Wyzyk, człowiek o słabym duchu i nikczemnym spojrzeniu na rzeczywistość zakrzyknął: “Co ja i łódka!? Jedynie gdy będzie to łódka Bols!”.

Koledze Łodydze zrzedła trochę mina. Postanowił zignorować jednak te wątpliwej konduity uwagi i uporczywie dążył do celu. Kolega Łodyga miał pewną misję do spełnienia. I tak, wyprawa pierwotnie zaplanowana na siedem osób, miała odbyć się w składzie trzyosobowym (Łodyga, Macios i Paulina), jako że serca pozostałej trójki potencjalnych uczestników (Wółka, Mara i Magdy) zostały zatrute wyziewami wątpliwości, sączącymi się z ust ludzi o małej wierze. Cała wyprawa drużyny została zagrożona, a ze wschodu nadciągały czarne chmury.

Opatrzność, zesłała nam jednak Łodygę. Mędrzec ów wiedział doskonale, iż nawet najmarniejsza istota, którą los zesłał dla sobie tylko wiadomych przyczyn, może odegrać jakże znaczącą rolę w jego wypełnieniu, nie do końca jeszcze uświadomioną i umykającą ludzkiemu rozumieniu, ale przez to tym bardziej ważką. Powoli, jak kropla źródlanej wody drążąca kamień, wypełniał umysł kolegi Wyzyka czystą myślą.

W ciemnych zakątkach duszy Wyzyka zaczęły rodzić się wątpliwości. Tu jakiś telefon, tam uwaga rzucona mimochodem, tak od niechcenia, kąśliwa i pełna ironii, ale zarazem przepełniona życzliwością, troską, ciepłem, ot takie dobrotliwe strofowanie. Na skamieniałej powierzchni fobii i zniechęcenia Wyzyka zaczęły pojawiać się drobne rysy. W pierwszej chwili niezauważalne, niczym jedno piwko przed obiadem, z czasem zaczęły rozrastać się i potężnieć.

Przesilenie nastąpiło w środę o poranku, kiedy to Wyzyk zachwiał się w swoim postanowieniu pozostania na lądzie. Targały nim wewnętrzne sprzeczności, w głowie panował chaos (nie tylko spowodowany głosami, ale również skutkami poprzedniego wieczoru, no ale to już historia na zupełnie inne opowiadanie). Zapadło postanowienie. Wsiądę na łódkę na próbę, popływam godzinę, dwie i jak nie będzie mi się podobało, to opuszczę starą krypę w porcie Karolinów, a cała reszta popłynie dalej.

Ta postawa Wyzyka przepełniła radością serca wszystkich członków drużyny, a wahającym się, pozwoliła podjąć ostateczną decyzję. Wypływamy wszyscy w rejs na trzy dni i dwie noce ( z pewnym drobnym znakiem zapytania – Wyzykiem). Łodyga, Macios i Paulina wyjechali w samo południe w stronę tamy. Wyprawa miała rozpocząć się dla reszty za około dwie godziny, po przybyciu krypy do karolinowskich wybrzeży. I tu Bogowie okazali się nieprzychylni po raz pierwszy. Łódka, która miała czekać na śmiałków w Borkach, opuściła już port i miała powrócić dopiero za dwie, trzy godziny. Morale załogi zostało nadszarpnięte. Siła ducha Łodygi była jednak niezłomna, już nic nie mogło zawrócić go z raz obranej drogi (Macios w tym czasie ratował swoją niezłomność i nerki zarazem, w sposób bardziej cywilizowany niż upajanie się jakąś duchowością). Moja skromna osoba zaś, jako że każdy skazaniec ma prawo do ostatniego posiłku, udała się do domu w celu jego spożycia. Uwierzcie mi, że kotlety mielone, ziemniaki i maślanka nie miały dotychczas tak niepowtarzalnego smaku (muszę się w tym miejscu pochwalić: ziemniaki sam obrałem, sam posoliłem wodę, sam ugotowałem, sam otworzyłem maślankę, sam wyjąłem kotlety z zamrażalnika, nie wspominając o ich przygrzaniu oczywiście).

To była środa 21/07/2004. Piękne lipcowe popołudnie leniwie toczyło się wokół. Przeznaczenie dopadło nas o godzinie 15, kiedy to zaokrętowaliśmy się na ten stary bryg. Moje pierwsze kroki w stronę pokładu były niepewne, chwiejne, pełne wątpliwości i złych przeczuć. Nerwowo zerkałem na boki, szukając drogi ucieczki. Było jednak za późno. Za moimi plecami Macios, Wółek i Maro, czujni niczym czaple, gotowi byli zdławić najmniejszy przejaw buntu w samym zarodku. Nigdy nie wierzyłem w opowieści ludzi, którym życie, niby film w ciągu pary sekund przebiegło przed oczami. Już nie jestem takim sceptykiem. Gdy moje stopy utraciły kontakt ze stałym lądem, poczułem przypływ mdłości. Jedynym promykiem nadziei był ten boski dźwięk brzęczącego szkła, butelki obijającej się o butelkę, dochodzący z bakisty. Ech i jak tu nie kochać książąt pszczyńskich! Ląd powoli i nieubłaganie nikł z pola widzenia śmiałków. Tak rozpoczęła się wyprawa. Nikt z nich, nie zdawał sobie jeszcze sprawy z faktu, jak wielką siłę ma fatum, które zawisło nad nieświadomymi niczego członkami drużyny…

Kto chce ten niechaj słucha
Kto nie chce, niech nie słuch
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści

To dobry moment, żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Dziś tylko takie krótkie wprowadzenie, ale za tydzień to będzie się
działo 😉

“Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy. – Zależy? Od czego? – Zależy od tego czy jestem na nim, czy pod nim.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-08-08 23:48)