Witaj miły poniedziałku czyli ostatni cygański zajeb w Łodzi

Witam serdecznie,

to prawda dawno nie Poniedziałkowałem, musicie mi więc wybaczyć, że dzisiaj pozwolę sobie na odrobinę prywaty.

To może na początek mały prolog.

Dzisiejszy Poniedziałek chcę zadedykować Maciosowi. No tak, kto zna Maciosa ten wie, że zawsze jest wesoło. No właśnie zawsze jest wesoło, nigdy durnie. Myśląc o wspólnie spędzonych chwilach zacząłem bezwiednie nucić sobie pod nosem: “Czasem jestem jak kolorowy ptak…”. Było wesoło. I to martwi mnie niezmiernie. Co martwi mnie niezmiernie, dlaczego właśnie to a nie coś inne, o tym za chwil kilka.

Tymczasem spójrzmy za siebie. Połączyło nas Magiczne Miejsce. Wiadomo w Magicznym Miejscu dzieją się Magiczne Rzeczy. Magia była tym większa, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ba nawet nie od drugiego. Magia czaiła się wokół Nas, czekając na swoje Miejsce i Czas. Bez wdawania się w szczegóły napomknę jedynie, że dzieli nas różnica lat kilku, na mają niekorzyść niestety, co powodowało na początku naszej wspólnej drogi moje mieszane uczucia, które kierowałem ku Maciosowi. Zresztą nie oszukujmy się. Na początku było słowo, a Maciosa nie było w moim świecie. Ba nie było go nawet w mojej galaktyce. Kiedy byłem w wieku w którym człowiek zaczyna być młody i gniewny Macios dojeżdzał na swojej diabelskiej maszynerii gdzieś do rogatek Pacanowa.

Pierwszy raz kiedy Macios wtargną do mojego świata pamiętam doskonale. Na kursie kolizyjnym pojawił się bliżej niezidentyfikowany obiekt, który w sposób potworny, nieludzki zburzył w nim ład i spokój. Cóż przecież można było robić w Magicznym Miejscu, jak nie celebrować tą Magię tętniącą wokół. Więc wszyscy ją celebrowaliśmy dosyć intensywnie, co noc, do białego rana, ogrzewani blaskiem nie tylko ogniska. Kiedy świt dawał nam znak, że celebracji nadszedł dziś kres, w magiczny dla nas sposób docieraliśmy do miejsc, gdzie mogliśmy złożyć nasze skołatane magią głowy, gdzie mogliśmy nabrać sił przed kolejną celebracją, na którą zapraszał zbliżający się zmierzch. No i kiedy już udawało mi się zacząć rozkoszować błogim stanem nieświadomości, brutalnie wyrywał mnie z niego potworny, bliżej niezidentyfikowany obiekt, który po kilki chwilach zaczynał materializować się pod postacią Maciosa na motorynce marki Romet. Przecież 9 rano to był jeszcze środek nocy, jeszcze tyle pięknych śnień miał człowiek przed sobą. To wszystko nagle runęło. Było niszczone bezwzględnie przez tego małego potwora na swojej diabelskiej maszynie tortur. Nienawidziłem każdego ranka, szczerze i pełnią młodego gniewnego serca, szejków arabskich, właścicieli rafinerii, producentów opon, producentów motorynek i tego małego złośliwego gnoma, który na pas startowy dla swojej diabelskiej maszynerii przeznaczył trawnik pod moim oknem. To nie był koniec tortury, nie wystarczyło mu zniweczyć mego spokoju ducha, on postanowił przebojem wejść do księgi rekordów Guinessa. Postanowił zdobyć kolejny rekord w nieprzerwanej liczbie przejazdów skoro świt, tam i z powrotem na odcinku 200 metrów, z naciskiem na skoro, z naciskiem na świt, z naciskiem na tam, z naciskiem na z powrotem i z naciskiem na 200 metrów. I tak każdego ranka, dzień w dzień, tam i z powrotem. Były małe chwile szczęścia gdy kończyło się zasilanie w tej piekielnej maszynerii, ale szybko okazało się, że Magiczne Miejsce, nie bez powodu jest magiczne. Otóż pod moim balkonem objawiło się światu perpetum mobile działające wbrew prawom wszelakim. Mały złośliwy gnom, jak to mały złośliwy gnom zawsze odnalazł kolejny bukłak, wypełniony piekielną cieczą, zaspakajając co rusz łaknienie piekielnej maszynerii. Sami przyznacie początki naszej znajomości nie wróżył początku pięknej przyjaźni.

Kolejny obrazek, który widzę gdy spojrzę przez ramię to C3PO, który zawitał w Magicznym Miejscu. Tak, Macios, wtedy nie był jeszcze Maciosem, Macioszątkiem co najwyżej, dopiero stal się hartowała, ale już bywało wesoło. W małym sercu drzemał wielki duch. Pamiętam, że uroczy ten szkrab, hasał sobie po podwórku na początku wakacji radośnie, aż tu nagle pewnego ranka wstaję (o dziwo wyspany i nieco zdziwiony bo znikąd nie dochodziły odgłosy piekielnej maszynerii, co mnie trochę zaniepokoiło i nie bez zdania racji, jak się niebawem okazało), wychodzę na łono, jest miło, cicho, słonecznie, podziwiam piękno świata mnie otaczającego i cóż mym oczom się ukazuje – Macios paraduje z ręką w gipsie, ale nie tak po prostu w gipsie. Gips założony jest od koniuszków palców na dłoni, po samą pachę i na dodatek jeszcze podpórka spod boku wystaje. Kurcze, żal mi się chłopa zrobiło, początek wakacji, żar z nieba się leje od tygodnia i będzie lał się przez następne tygodni siedem (dla młodszych czytelników spieszę wyjaśnić, że Polska kiedyś posiadała cztery pory roku, zaliczało się do nich min. upalne, spalone słońcem lato – dwunastomiesięczna pora deszczowa zawitała do nas całkiem niedawno) i taka wpadka na samym początku. Minęło zaledwie kilka dni i co zobaczyłem tuż za miedzą (pierwszych dwadzieścia sekund da Wam obraz całości) 🙂

Tak to była czysta złośliwość losu, obie ręce w gipsie na całe wakacje. No cóż przynajmniej nie musiał się obawiać, że po powrocie do szkoły będzie miał zaległości w lekcjach, bo na początku września zdejmowali mu gips. Jak się dowiedziałem po latach, smaku całej historii dodały okoliczności, w których oba wypadki się wydarzyły. O ile pierwsza ręka złamała się jak należy (był wóz drabiniasty, było siano, był rów, był upadek, był gips) o tyle druga była chichotem losu. Macios chciał pojeździć na rowerze z kolegami, zamiast tego poszedł do lasu na grzyby – jazda na rowerze mogła być niebezpieczna, mogła być potencjalna przyczyną kolejnego upadku, a stąd już tylko niewielki kroczek do kolejnego nieszczęścia, które wszak lubią chodzić parami i kolejna ręka gotowa wylądować w gipsie. Podjął to wyrzeczenie, nie kusił losu, pozostawił kolegów i poszedł do lasu na grzyby – był las, był korzeń, była chwila nieuwagi, był upadek, był gips.

Obróciłem się parę razy na pięcie, wystarczyła chwila nieuwagi, roztargnione spojrzenie  i okazało się, że pojawił się w moim życiu Macios. Na początku nieśmiało, z pewną dozą ostrożności, ale z roku na rok coraz bardziej, coraz więcej, coraz bardziej wyczekiwanie.

Macios odegrał niemałą rolą w skandalu pływacko-obyczajowym, o którym można dowiedzieć się więcej z morskich opowieści , dlatego nie będę w tym miejscu ich przytaczać, zainteresowanych odsyłam do źródła.

Macios odegrał niemałą rolę w skandalu sylwestrowo-obyczajowym, kiedy wypowiedział na tarasie swoje sławne już zdanie: “Tu leżą Wasze rzeczy, tam jest furtka”.

Macios odegrał niemałą rolę w skandalu towarzysko-obyczajowym, kiedy wypowiedział na plaży swoje kultowe już zdanie: “Ona nie jest moja, ona jest wszystkich”.

Macios odegrał niemałą rolę w skandalu rodzinno-obyczajowym, kiedy wypowiedział na plaży swoje legendarne już zdanie: “Kuzynie nie tykaj gówna, bo się ubabrzesz”.

Macis odegrał swoją niejedną, niemałą rolę w chwilach różnych. W tych które były miłe i w tych które nie były zawsze łatwe. Po prostu był. Był ze swoim poczuciem humoru, był ze swoim spojrzeniem na sprawy te błahe i te zasadnicze, był ze swoim bębenkiem, był kiedy razem kołkowaliśmy czarny szlak, był kiedy razem zwęglaliśmy góralski kociołek, był kiedy razem paliliśmy ognisko, był kiedy razem piliśmy browar, był kiedy następnego poranka musieliśmy za to odpokutować.

Cóż mogę powiedzieć

A teraz złe kilometry dzielą nas, a to co martwi mnie niezmiernie, to fakt, że coraz częściej było, a coraz mniej jest.

Kiedy myślałem sobie o tym wszystkim zrobiło mi się tak jakoś, że aż musiałem zacząć szybciej powiekami mrugać i zupełnie bezwiednie przyszła mi na myśl piosenka, która też zawsze prowokowała powieki moje. Usłyszałem ją kiedyś w dzieciństwie i pozostała ze mną, nie na co dzień, ale czasami się spotykamy. Pamiętam, że osobiście nagrałem ją na moim Kasprzaku, na kasecie magnetofonowej, w jakości radiowej. Milion myśli przebiega mi dziś po głowie i po paru latach jej niesłyszenia, uzmysłowiłem sobie, że oddaje, w pewnym bardziej ogólnym znaczeniu, to co wokół mnie, nas dzieje się w ciągu kilku ostatnich lat. Lata lecą – banalny banał zaczyna boleć.

Jak usłyszałem zaś Jacka Kaczmarskiego to była już naturalna sprawy bieg, że te dwie piosenki dla mnie się połączyły i dopełniły się wzajemnie. Zawsze można sięgnąć do twórczości Jacka Kaczmarskiego i znaleźć chwilę na refleksję, może trochę bardziej o nas, bardziej współcześnie, bardziej na dziś niż wczoraj.

No wiem, że słowa “nasza klasa” budzą dzisiaj odczucie zażenowania i politowania, no cóż już za późno, nawet dla Pana Gąbki, nie wymaże tego blamażu. Odrzućmy te niemiłe skojarzenia. Przyjmijmy te piosenki takimi jakimi były przed erą mam trzy tysiące znajomych i jestem super fajnym, zajebistym nikim. Każdy z nas mógłby wymienić swoją listę imion i krajów tych bliższych i tych dalszych. Ja mogę do swojej listy dorzucić niestety kolejne imię i kolejny kraj. Jest mi z tego powodu strasznie smutno i strasznie źle, bo wiem, że dzieją się rzeczy w jakiś sensie nieodwracalne i wiem, choć chciałbym się mylić i gdzieś tam w zakamarku serca tli się jakieś niepokorne nie, że po raz kolejny, codzienność nas rozdzieli, niestety na trwałe. Jakby to powiedział krecik

No cóż Maciosie czego mogę ci życzyć – jak najmniej motopomp, troli i ich krzyżówek, jak najwięcej sprzyjających wiatrów wiejących zawsze do brzegu,  Was jak najszybciej w komplecie i odrobina prywaty na koniec – żebyś pomyślał o nas czasem i  żebyśmy jeszcze razem okołkowali ten czarny szlak.

To dobry moment żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.

Może trochę patetycznie, ale nie mogłem tej piosenki nie umieścić w tym miejscu.

__
Louie, I think this is the beginning of a beautiful friendship
Casablanca

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*