Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, dziś nie spodziewajcie się erupcji wulkanu intelektu (o ile kiedykolwiek taka miała miejsce), ani żadnych fajerwerków dobrego humoru (to raczej będą kapiszony i cukier z saletrą). Dziś jest mi źle, szaro i smutno. Dopadła mnie jakaś taka chandra. I nawet nie wiem, czym spowodowana konkretnie. Pewnie to wina jesiennej deprechy. Znowu Poniedziałek będzie we wtorek. Ech szkoda gadać. Zanotowałem zdecydowany spadek formy.

Promyczkiem w tunelu było to, że w sobotę wieczorem otoczyła mnie zgrana załoga Kapitana Nałoga. Pierwszy raz, od nie pamiętam kiedy, znalazłem się po drugiej stronie butelki. Dopadło mnie sezonowe przeziębienie i zmuszony byłem do łykania takich małych fioletowych paskudztw. To spowodowało, że zostałem chwilowo wyłączony z gry (a może nie chwilowo, może już dojrzałem do tej decyzji na dobre – no sami widzicie co też człowiek zaczyna gadać w stresie, muszę chyba udać się do dobrego specjalisty, zaczynam się sam o siebie bać). Kapitan Nałóg zaś, ze swoją wierną drużyną, rozszalał się na dobre. Pierścienie mocy, wszystkie jakie tylko były możliwe, zostały użyte z pełną determinacją i do samiuśkiego końca (można by rzecz, parafrazując słowa poety, do ostatniej kropli gorzkiej łzy). Bardzo, bardzo żałuję, że nie posiadałem ze sobą kamery, abym mógł to wszystko zarejestrować dla potomnych. Kurcze, emeryturę miałbym już zapewnioną.

Ja, Kapitan Nałóg i jego drużyna bawiliśmy się doskonale. Rozumiecie, że nie mogę zdradzić personaliów drużyny Kapitana N. Mogłoby to, z jednej strony, zagrozić jej misji, z drugiej zaś, mógłbym narazić się na ich gniew, a uwierzcie mi, to nie byłoby całkiem dobre dla mnie.

Jakich ja ciekawych rzeczy nie dowiedziałem się tego wieczora. Tematyka była dość rozpięta. Ocierała się trochę o sprawy Duchowe, tu nieśmiało spod stołu wychynęła Polityka, z kuchni, co rusz, swoje trzy grosze dorzucała Historia. Sensacja goniła sensację (nie tylko te dwudziestowieczne). Nie wiem czy wiecie, że ulicę Narutowicza (przy okazji, dostało się też bogu ducha winnej Pomorskiej) wybudowali hitlerowcy w 1939. Zresztą, jak się okazało po wnikliwej i zagorzałej dyskusji, Łódź to generalnie mało polskie miasto (jak zresztą pozostałe 98%, oszczędzono tylko Warszawę i Kraków, nie wiedzieć czemu) więc nie ma co sobie nią głowy zaprzątać.

W sprawach duchowych moi towarzysze zapędzili by w kozi róg niejednego z Ojców Kościoła, poczynając od św. Tomasza z Akwinu (no cóż Jemu udało się podać tylko pięć dowodów na istnienie Boga), a boję się pomyśleć na kim kończąc. Co bardziej gorące głowy i umysły intelektualnie wysublimowane, krzyczały już, żeśmy tylko atomy i pył nikczemny, religia to opium dla mas, a socjalizm najlepszym ustrojem na świecie był. W ferworze dyskusji nikt nie zauważył biednego Immanuela, który klęczał za karę w rogu pokoju, na grochu, i cicho szlochał, po przeprowadzonej przez członków drużyny krytyce rozumu nie do końca już praktycznego.

A czy wiedzieliście na przykład co to są plaskacze? Pewnie nie, tak jak i ja. Dowiedziałem się o tym, kiedy dwóch adwersarzy postanowiło przenieść dyskusję, która zabrnęła w ślepy zaułek, zagubiwszy się gdzieś w meandrach rozważań czysto teoretycznych, na grunt zagadnień bardziej praktycznych (dokładnie był to grunt mojego trawnika, przed tarasem). No serce rosło, patrząc na sposób, w jaki sprawa została rozstrzygnięta. Wszystko odbyło się zgodnie z arkanami kodeksu Boziewicza (wszyscy czuli już na swoich barkach ciężar tradycji i czujnie patrzące gdzieś tam z góry oczy naszych antenatów). Ustalono, że debata odbędzie się na plaskacze właśnie (walimy się po pyskach tylko i wyłącznie z otwartej dłoni), bez kopania (tu pojawiły się pewne wątpliwości, nie do końca rozstrzygnięte). Z pełna odpowiedzialnością i poczuciem doniosłości chwili, złożono na moje ręce okulary i górne partie wierzchniej odzieży, po czym rzucono się w wir dysputy. Może pora była już późna, może adwersarze wyczerpani już wielogodzinnymi sporami, trudno teraz to ocenić. Tak czy inaczej, debata zakończyła się po wstępnym, aczkolwiek dość barwnym zarysowaniu pewnych tez natury ogólnej. Na wnioski końcowe, przyjdzie nam zapewne jakiś czas jeszcze poczekać.

W mojej głowie zaczęła kiełkować pewna niepokojąca myśl. Ja też przecież brałem nie raz (ba nawet nie dwa) udział w wyprawach Kapitana Nałoga. Popatrzyłem na swój pierścień mocy. Jego blask jakoś tak przygasł i zszarzał. Świat po drugiej stronie butelki wyglądał zupełnie inaczej.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Jakiekolwiek podobieństwo do osób, miejsc i sytuacji w powyższym Poniedziałku jest kompletnie przypadkowe i zupełnie nie zamierzone.

Ps. 1
No i widzicie co człowiek potrafi napleść w chwili słabości. To nic, to przejdzie, byle do wiosny. Nie przyczynię się przecież do powiększenia dziury budżetowej. Muszę być odpowiedzialnym obywatelem. Jak to ktoś powiedział: “Przecież można wystąpić z drużyny Kapitana Nałoga. No podobno można, ale jeszcze nikt, nigdy tego nie próbował”.

Ps. 2
Hura, dzisiejszy Poniedziałek będzie naprawdę w poniedziałek, już mi lepiej (kurcze chyba gdzieś w szafce mam schowane pifko).

Ps. 3
No dawno nie było tyle psów

Ps. 4
Pozwolę sobie dzisiaj na mały epilog mojego Poniedziałku (kurcze to zaczyna ocierać się o literaturę przez duże L). Będzie nim tekst piosenki zespołu Kury, pod tytułem “Jesienna deprecha”:

Mam znowu doła
Znów pragnę śmierci
Wracają stare lęki
I nie mogę w nocy spać

Ból przemijania
Choroby, wojny, rozpacz
Wszystkie ciemne strony życia
Dręczą mnie ach kurwa mać

Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś
Nawet seks jest banalny i nie kręci mnie
Może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku
Może w lecie jakiś komar adidasa sprzedał mi…

Mam znowu doła
Znów pragnę śmierci
Wszystkie formy samobója
Przed oczyma stają mi

Sam już nie wiem co robić mam
Nie chcę dłużej smażyć tłuczonego szkła
Mam już dość leżenia pod kałużą
Ratuj mnie jesienny mały boże


“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-10-25 23:19)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*