Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Pamiętacie Królika. Królik ma swoich krewnych-i-znajomych, których jest co najmniej z półtora tuzina. Możemy spotkać wśród nich Małego, Jasia Pędraczka, czy też Bardzo Małego Żuczka. Niektórzy z nich siadają komuś na nosie, na innych się przez pomyłkę nadeptuje. Czy Królik jest z nimi szczęśliwy? Czy wystarczająco ich ceni? Czasami wyraża się o nich mało pochlebnie, mówiąc z lekceważeniem w głosie, że ich nie prosił, że przyszli sami, że oni tak zawsze, a w ogóle to niech sobie idą na końcu za Kłapołuchym. Czyż bez swoich krewnych-i-znajomych nie byłby tylko Potulnym i Smutnym Królikiem.

Jak myślicie gdzie spędziłem ostatnie dwa dni. Już słyszę te nerwowe skrobania się po głowie, już widzę te twarze, na których rysuje się wyraz zadumy, te oczy które wyrażają nieme pytanie. Nie bójcie się, nie będę Was długo trzymał w niepewności. Byłem w Magicznym Miejscu. Powiedzieliście zapewne w tym momencie: “Pchi i co w tym niezwykłego, przecież jeździsz tam co tydzień”. To prawda. Prawdą jest jednak również i to, że nieubłaganie zbliża się moment, kiedy nastąpi definitywne pożegnanie z bronią. Wczoraj wychodząc wieczorem po piwo (skąd ja to znam, dlaczego człowiek nie uczy się nigdy na swoich błędach) byłem zmuszony założyć po raz pierwszy golf. Pewnie zdejmę go dopiero za pół roku (nie denerwujcie się to tylko licentia poetica, możemy spokojnie spotykać się przed wiosną). Dzisiaj zrobiło się strasznie zimno, chodzę po ulicach i słyszę wokół tylko jeden odgłos, odgłos szczękających z zimna zębów. Kolejny kamyczek do ogródka Jesieni. Królestwo za odrobinę słońca! Wyjąłem dziś zimową czapkę, kurtkę wyposażyłem w podpinkę, idę kupić rękawiczki (już kupiłem wczoraj). To skłania do chwili refleksji i wspomnień. Pamiętacie, jak kiedyś napisałem, że o wyjątkowości Magicznego Miejsca stanowią dla mnie ludzie, których się tu spotyka. Wspominałem również o tych imprezach które organizują się tak ni stąd ni zowąd. Żeby się nie powtarzać zbytnio, powiem krótko. Scenariusz powtórzył się z iście szatańsko złośliwą dokładnością. Jak kiepski sequel horroru klasy B. Na działce miałem być ja, książka, no i może jedno piwko wieczorem. Bez mamy, babci, cioci, 4 kotów i dzikiej imprezy. W sobotę wieczorem byłem ja, książka, nie było mamy, babci, cioci i 4 kotów. Powiecie, że prawie idealnie się udało i jak zdrowo bez piwka. I prawie że będziecie mieli rację. Tak samo uważało te dwadzieścia osób, które znalazły się w sobotę, o dwudziestej, w moim dużym pokoju przed kominkiem. I na tym zakończę kwestię imprezy, bo pomyślicie sobie że my nic innego w tym miejscu nie robimy, tylko tą magię i magię przyjmujemy, przez co jest tak magicznie. To zaś byłby sąd wielce krzywdzący i me serce raniący.

Pozwolę sobie dziś skreślić parę słów o Was, o krewnych-i-znajomych Wyzyka. Wybaczcie, że wspomnę dziś tylko o paru osobach (umówmy się, to jest taki poczet sztandarowy, jak to na akademiach bywa), z którymi przyszło mi spędzić ostatnie dwa dni (trochę to zdanie zdezaktualizowało się od wczoraj, ale niech pozostanie myśl pierwotna). Obiecuję, że kiedyś powstanie Ściana Chwały Wyzyka i Wszyscy się na niej znajdziecie.

Maciosie, kochany Maciosie, cóż ja bym bez Ciebie uczynił. Do ułomków się nie zaliczasz. Słusznej postaci, o blond włosach, falujących niczym złote łany zbóż na wietrze pozytywnych emocji i radości życia (o kurcze ale popłynąłem, a co tam niech zostanie). Wiem, że wszyscy będą Cię przeklinać za to, że pokazałeś mi bębenki. Nic to, dla sztuki nie ma poświęceń zbyt wielkich. Przywoź je zawsze kiedy tylko będziesz mógł. Niech wioska drży w rytmie naszej (no dobrze zapędziłem się troszkę – Twojej) muzyki, muzyki która sprawia tak wiele prostej, naturalnej przyjemności. Macios jest naszym karolinowskim Bachusem. Impreza z jego udziałem nie może się nie udać. Inna sprawa, że czasami udaje się za bardzo, no ale to już historia na inną bajkę. Kto jak, kto ale Macios zna się na formatowaniu twardych dysków. Dzięki Tobie i Łodydze (o którym za chwilę) poznałem też przyjemności żeglowania. Cóż mogę powiedzieć, szanty już o mnie piszą. Zawsze będę pamiętał komu to zawdzięczam. Maciosie jest doskonale.

Łodyga Ty mój czarny aniele karolinowskich abstrakcji. Jeżeli kiedykolwiek w Karolinowie, w środku upalnego dnia, zobaczycie postać w czarnych dżinsach, w czarnej koszulce (tu są pewne wariacje jeżeli chodzi o nazwy zespołów, ale nie pytajcie mnie, co to jest mroczny, wampiryczny, gotycki metal z Anglii, bo ja nie wiem), czarnych glanach, z kosa przerzuconą przez ramię, nie uciekajcie (na wszelki wypadek nie idźcie tylko za nią w stronę światła). To jest nasz kochany Łodyga. Jeśli tylko kiedyś przyszła by wam ochota na zorganizowanie meczu siatkówki, pogranie w Grunwald, czy może jakąś małą wycieczkę krajoznawczą dajcie mi znać, podam wam numer do Łodygi. Będziecie mieli wszystko zaplanowane z iście niemiecką dokładnością. Błagam, tylko nie próbujcie nic w tym planie zmieniać, bo może zrobić się dla Was niebezpiecznie. Od tylu lat dzięki Łodydze, nie możemy się nudzić w Magicznym Miejscu, nawet gdybyśmy bardzo chcieli (i nie radzę wam próbować bezproduktywnie usiąść na dupie, na tarasie, patrząc się tępo w niebo, bo wtedy niewiadomo skąd, niewiadomo jak zjawia się czarny mściciel traconego czasu). Ostatnio chłopak nam zmężniał, obciął włosy (a miał takie prawie do pasa), troszkę się ucywilizował, tylko może coś za bardzo go do tych jabłek ciągnie. Łodyga jest doskonale.

Ania i Marcin, co prawda, stosunkowo niedawno dołączyli do naszego grona, no ale jak już dołączyli to na całego. Siła, spokój, rozwaga. Te trzy słowa przyszły mi pierwsze na myśl, kiedy o Was pomyślałem. Wcześniej jakoś tak troszkę ukrywali się gdzieś po opłotkach. Mieli swoje dróżki, swoje plaże, no ale powiedźcie sami, warto było. No pewnie że nie, przecież jesteśmy wspaniali (bardzo lubię takie odpowiedzi na moje pytania, (ale fajnie się tak pokrygować (dobra nie będę przesadzał, bo nie będą chcieli więcej mnie już komplementować), że to niby nie trzeba było i w ogóle) dziękuję ci Aniu i Marcinie, naprawdę nie trzeba było). Dzięki Ani mamy doskonałą, wręcz powiedziałbym artystyczną, dokumentację fotograficzną naszych poczynań. Pozwolisz Aniu, że kiedyś wykorzystam te zdjęcia na naszej stronie Karolinowskiej, którą zamierzam reaktywować (o kurcze właśnie złożyłem jakąś mało przemyślana obietnicę, no ale co też człowiek nie plecie jak się chce podlizać).

Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Wam, o godzinie drugiej w nocy, nad Zalewem Sulejowskim ochota na jajecznicę na szyneczce, z doskonale zeszkloną cebulką, lub może, pif-paf, na risotto z migdałami, zakropione kapką (no może dwoma kapkami) wiśniowej naleweczki (a co trzeba mieć ułańską fantazję) to zapraszam do Justyny. Na parapecie pomiędzy stołem, a kuchennym blatem leży spokojny, ale czujny fonendoskop. Znużony wędrowcze, możesz spokojnie już usiąść i pozwolić aby przez twoje kanaliki oskrzelowe swobodnie przepływało powietrze (nie zapominajmy oczywiście o wiśniówce).

Wiciu i Dorota. To tyle na dzisiaj o Was. Kara musi być, bom troszkę na Was obrażony. Zamiast do Karolinowa, to Wy do jakiejś tam zapaździałej Chorwacji jeździcie, znaku życia przez pół roku nie dajecie, a potem jak gdyby nigdy nic, niezapowiedziani, pojawiacie się u mnie na działce w sobotę po południu, przyprawiając moje biedne schorowane serce o palpitacje. Ja w tym wieku nie mogę już przeżywać tak silnych, niespodziewanych chwil wzruszenia.

Wszyscy jesteście wspaniali, moi krewni-i-znajomi kochani. (niech nie cieszą się Ci, których w tej chwili, z powodów czysto technicznych i formalnych, nie wymieniłem, mamy jeszcze parę Poniedziałków przed sobą, zanim wiosna zawita). Jeszcze nigdy tak wielu, nie zrobiło tak wiele, dla tak niewielu (czyli mnie). Mogę z Wami ostro pohulać, spędzić noc na oglądaniu nieba gwiaździstego, powygłupiać się i porozmawiać o sensie życia. Mogę z wami śmiać się i płakać. Mogę zwrócić się do Was ze swoimi problemami i zawsze mi pomożecie, jeżeli tylko będziecie mogli. Ja nie tylko mogę, ja chcę, a najwspanialsze w tym jest to, że wy również macie na to ochotę przez tyle lat. Mogę na Was liczyć. Pozwalacie mi przetrwać ciężkie dni i zakręty losu. Dajecie mi siłę abym ciągle wtaczał ten kamień. Wszyscy jesteście wspaniali moi krewni-i-znajomi kochani.

No dobrze kończę, bo powoli widzę, że ześlizguję się z fotela. Za chwilę moje palce stracą kontakt z klawiaturą (kurcze robię się jakiś taki strasznie sentymentalny na Jesień). Dziękuję Wam wszystkim za wszystko co było, jest i głęboko w to wierzę, że będzie. Bez Was byłbym tylko Potulnym i Smutnym Wyzykiem.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.

– O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenia.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie
rozumie.
A. A. Milne

(2004-10-13 00:01)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*