Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Powiem Wam, że jakoś tak dzisiaj, całkiem znienacka, dopadła mnie Jesień. Chodziła za mną od paru tygodni, ale do tej pory udawało mi się przed nią uciekać. Przemykała się gdzieś za moimi plecami, czułem jej obecność, czasami zauważyłem ją gdzieś w oddali kątem oka. Nie miała jednak do mnie dostępu. Sam nie wiem, dlaczego udało się jej właśnie dziś. Może dlatego, że spędziłem ostatnie dwa dni w Kaliszu z Magdą, Leszkiem, Konradem i Gośką. Jak zawsze było bardzo miło i jak zawsze kiedy wracam do Łodzi, dopada mnie choroba sieroca. Jest mi strasznie smutno i źle, że tak szybko mijają te chwile beztroski, wytchnienia i poczucia normalności.

Październik minie nawet nie wiem kiedy, listopad i grudzień też pewnie jakoś tak przemkną i okaże się że kolejny rok mam już za sobą. Zbliżam się powoli do wieku ewangelicznego. A tu przede mną pół roku zimna, szarości i pluchy. Jak ja nienawidzę jesieni i zimy. Marzną mi ręce, marzną mi stopy, marznie mi nos. Jest mi cały czas cholernie zimno i nie ma takiego ubrania, które by to zmieniło. Nie mówiąc już o nosie. Koszmar. Wstaje do pracy ciemno, wracam z pracy ciemno. Pół roku ciemnicy. Dobrze, kończę już tą litanię narzekań, bo czuję, że możecie za chwilę zrobić coś nieodpowiedzialnego i niegodnego konesera mojej twórczości.

W sobotę i niedzielę pogoda była przepiękna, słoneczna, wprost wymarzona na wycieczki. W sobotę zwiedziliśmy wieczorem starówkę. Jest już praktycznie po sezonie, toteż nie ma ogródków piwnych, panuje na kaliskiej starówce spokój i cisza. Pozostały małe, kręte uliczki, wyłożone granitową kostką, ciche i dostojne z odnowionymi w duchu epoki kamienicami. Przez chwilę człowiek znajduje się w innym czasie i miejscu. Zapomina o całym zgiełku, który panuje tuż za rogiem. Latarenki roztaczają ciepłe, mleczne światło. Wydaje się, że za chwilę zza rogu wyjdzie dostojnym krokiem postać w cylindrze, we fraku, podpierająca się laską, prowadząca pod rękę kobietę w długiej powłóczystej sukni. Postać ta będzie niecierpliwie machać ręką na dorożkarza, który zmęczony przysnął na koźle. Po chwili, przez rynek przetoczy się stukot końskich podków uderzających o bruk Zaraz przypomina mi się film “Noce i dnie” i sceny z życia Kalińca. Ech łezka się w oku kręci (nie za filmem, bo za filmem i książką, delikatnie mówiąc nie przepadam, no może poza sceną ze stawem i kwiatami, no ale już taki ze mnie romantyk).

W niedzielę pojechaliśmy do Gołuchowa. Mam generalny problem z zapamiętywaniem nazw. Na szczęcie ta skojarzyła mi się z Głuchowem. Jak to powiedziała Magda wystarczy dodać “o” i nie potrzeba już lecytyny. Gołuchów nie ma nic wspólnego z tym targowiskiem. Jest to miejsce prawie że magiczne (wiadomo Magiczne Miejsce może być tylko jedno i Wy wiecie już dobrze, gdzie się ono znajduje). Miejscowość ta znajduje się 14 kilometrów od Kalisza. Możemy tu podziwiać jedyny w swoim rodzaju park krajobrazowy, o powierzchni 162 ha, z 500 gatunkami drzew, krzewów (również egzotycznych) i zamkiem w stylu renesansu francuskiego. Tak na marginesie dowiedziałem się, że kasztanowiec zwyczajny przybył do Polski dopiero w XVI w. Krajem jego pochodzenia jest Grecja i Bułgaria, a mnie się wydawało zawsze, że to takie iście swojskie, rodzime drzewo. Troszkę mój dysonans poznawczy ukoiła informacja na tabliczce, że doskonale wtopił się w otaczający go krajobraz. W sąsiedztwie parku, w lesie jest hodowla żubrów, gdzie można z bliska podziwiać te majestatyczne zwierzęta. Na każdym kroku czuję się tu historię. Idąc parkowymi alejkami, w szpalerze wiekowych topoli, ma się wrażenie, że za chwilę spotkamy księżną Czartoryską otoczoną swoimi hartami. Cały park był w różnych odcieniach żółci, brązu i gdzieniegdzie przebijającej się jeszcze nieśmiało zieleni. Trawniki były już przykryte coraz grubszym dywanem opadających liści, wśród których w promieniach słońca połyskiwały opadające kasztany. Chciałem, aby w tym momencie czas się zatrzymał. Panowała przyjemna, leniwa cisza, tylko z rzadka spotykało się innych zwiedzających. Mógłbym w tym miejscu spędzić resztę swojego życia, oczywiście gdybym był właścicielem tego zamku, a nie prawomyślnym, bogobojnym włościaninem zamieszkującym zamkowe czworaki. No ale nie można przecież być w życiu minimalistą. Jeżeli kiedykolwiek zdarzy się wam przebywać w okolicach Kalisza, to musicie koniecznie pojechać do Gołuchowa. Byłoby zbrodnią nie odwiedzić tego miejsca.

Jak to mówią słowa piosenki nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić. Wysiadłem z pociągu na stacji Łódź Kaliska w niedzielę, trzeciego października, o godzinie dwudziestej. Już na peronie poczułem na swoich plecach świdrujące oczka Jesieni. Pomyślałem sobie: “Wyzyk dasz radę”. Zacząłem biec w stronę samochodu. Z za pleców doszedł mnie odgłos szybkich kroków, kroków które powoli , ale nieubłaganie zbliżały się do mnie. Wskoczyłem do samochodu i nie oglądając się za siebie, czym prędzej odjechałem. Sukces był chwilowy. Kiedy znalazłem się pod domem już na mnie czekała. Postanowiłem ją zignorować, udać że nie widzę, może się obrazi i pójdzie sobie. Wyjrzałem przez okno. Cały czas stała pod furtką. W niedzielę, trzeciego października, o godzinie dwudziestej pierwszej zachciało mi się napić piwa. Musiałem iść do sklepu. Teraz po fakcie, mogę sobie wypominać, że to był błąd, że moje zachowanie było lekkomyślne, nieodpowiedzialne, że sam kusiłem los i się doigrałem. Z drugiej jednak strony to było nieuniknione. Czy był sens odraczać to, co i tak musiało się wydarzyć. No może zyskałbym jeszcze dzień, może dwa. Co by to zmieniło. Wyszedłem na pustą, ciemną ulicę. Było chłodno. W powietrzu czuć było specyficzny zapach wilgoci. W około roztaczała się lekka mgła. Zacząłem iść powoli, krok za krokiem, z determinacją skazańca, na którego wyrok został już wydany. I wtedy to się stało. Dopadła mnie Jesień.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Może za tydzień o Wyzyku pogromcy Big Stara, czyli jak Wyzyk dwa dni kupował jedną parę spodni i co z tego wynikło.

Ps.1
Za tydzień Poniedziałek będzie zapewne we wtorek, bo udaję się na krótki czterodniowy urlop. Przepraszam z góry wszystkich fanów.

“Odkąd Puchatek Siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia zeschodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to zrobić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić.”
A. A. Milne

(2004-10-04 01:29)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*