Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Gdybyś przypadkiem, zbłąkany wędrowcze, znalazł się tego ponurego październikowego wieczoru u podnóży Gór Siwych, twoje serce zamarło by, a umysł otarł się o granice szaleństwa. Pośród bezkresnych lasów, w odległej dziczy zapomnianej przez boga i trole, w deszczu lejącym się strugami z granatowo czarnego nieba, w świetle błyskawic przecinających co rusz nieboskłon, można byłoby dojrzeć cztery ciemne postacie, uparcie brnące przed siebie wąskim wąwozem. Była to jedyna droga prowadząca do zapomnianej krasnoludzkiej kopalni. Była to jedna z wielu dróg ich poplątanych losów. Była to droga prowadząca ich ku przeznaczeniu.

Gdyby ktoś uważnie przyjrzał się owym postaciom, w świetle iluminacji gromowładnego Boga Krewe, ujrzałby na przedzie postać w skórzanej, czarnej kurtce nabijanej ćwiekami, wzrostu około metr osiemdziesiąt, w lnianych brązowych spodniach, o kruczoczarnych włosach, z czołem przepasanym skórzaną opaską. Z za jego pleców wystawały rękojeści dwóch zabójczych sztyletów, a ręka dzierżąca pałasz, dzierżyła go ze śmiercionośnym spokojem i pewnością siebie. Imię jego brzmiało Atriel.

Postać krocząca za nim, trzymała w lewej ręce łuk, w prawej zaś strzałę spoczywającą swobodnie na cięciwie. Osobnik ten ubrany był w skórzaną brązową kurtkę z kapturem, lniane ciemnozielone spodnie, buty z długimi cholewami, wzrostu około metr siedemdziesiąt. Na plecach spoczywał kołczan wypełniony strzałami. Spod włosów, opadających do połowy pleców, wystawały małe szpiczaste uszy. Ciemnostalowe oczy wpatrywały się z uwagą i skupieniem w nieprzeniknioną dla zwyczajnego śmiertelnika ciemność. Imię jego brzmiało Faledar.

Para podążająca tuż za nimi, wyglądała na pierwszy rzut oka dość komicznie. Nie zdobyłbym się jednak na twoim miejscu mój podróżniku, nawet na drgnięcie kącikami ust. Jeden z nich wzrostu około metr siedemdziesiąt siedem, ubrany był w długą powłóczystą szatę, której skraj plątał się na wysokości kostek. Szata owa, w dniach swojej świetności zapewne koloru czarnego, dziś przypominała raczej stary parciany worek, łatany już tylokrotnie, że ciężko było powiedzieć co stanowi jej istotę. Był to raczej luźny konglomerat materii różnego pochodzenia i maści, świadczący o przebytych trudach i niebezpieczeństwach. W twarzy dwudziestoletniego młodzieńca spoczywały głęboko osadzone piwne oczy. Były to oczy stuletniego starca, oczy w których malowało się zmęczenie, smutek i gniew. Podobno oczy są wrotami duszy. Ta dusza była zagubiona, przeszłość jej była pełna mroku. Imię jego brzmiało Yeevel.

Towarzyszyło mu indywiduum postury nikczemnej, nie więcej niż metr trzydzieści wzrostu. Głowę otaczały kasztanowe, kręcone włosy. Osobnik ów ubrany był w lnianą kurtkę z kapturem i lniane spodnie. U jego boku, za pasem, połyskiwało złowrogo, niczym żądła śmierci, jedenaście sztyletów. Na twarzy malował się cyniczny uśmiech, a w oczach można zobaczyć było złowróżbne błyski i żądzę krwi. Nigdy przedtem, ani nigdy potem, dźwięk imienia żadnego innego halflinga nie budził takiego respektu i grozy. Imię jego brzmiało Lin. Tak, tak mój wędrowcze byłby to chyba ostatni uśmiech zamierający na twej twarzy, pełnej już bólu i niedowierzania.

W oddali zamajaczył cel ich wędrówki. Z wejścia do kopalni dochodził słaby blask płonącego kaganka. Nagle do ich uszu dobiegł dźwięk pasterskiej fujarki. Dźwięk ów, z każda chwila wzmacniał się, narastał, otaczając ich zewsząd, potęgowany poprzez wznoszące się po bokach strome ściany wąwozu. Drużyna przystanęła na chwile zaniepokojona, zaskoczona rozwojem wydarzeń. Wtem zza pleców doleciał ich łopot skrzydeł. Nisko nad ich głowami przeleciało coś nierealnego, nierzeczywistego, coś nie z tego świata. Mimo woli, każdy z nich poczuł chłód na karku, każdy z nich poczuł, że coś przeszło po jego grobie.

O bogowie, cóż za perfidny i mściwy plan obmyśliliście tym razem. O bogowie, czymże owe zagubione dusze zasłużyły sobie na tak piekielny los. Po chwili, która wydała się dla nich wiecznością, ruszyli zdecydowanie przed siebie. Może ty podróżniku byś się zawahał, zaczął w panice uciekać na oślep, a twoje włosy, w ułamku sekundy, przybrałyby kolor otaczających ich wokół wapiennych pionowych zboczy. Oni jednak wiedzieli, że jest to dobra noc na umieranie. Przed wejściem do kopalni, w świetle przeszywających nieboskłon błyskawic, ujrzeli wyłaniająca się z mroku poczwarę. Stała na dwóch kocich łapach, z rozpostarto szeroko błoniastymi skrzydłami niczym u nietoperza. Korpus wieńczył orlim łbem. Z tyłu poruszał się rytmicznie długi, morderczy ogon zakończony skorpionim żądłem. Tak, to była mantikora, wyjątkowo groźny przeciwnik, błyskawiczny i wytrzymały.

Z ust Lina wydobyło się szpetne przekleństwo, którego nie powstydziłby się żaden stały bywalec nowigradzkich zamtuz. Sięgnął pewną ręka do swego pas, wyciągając sztylet. Tuż obok niego stanął Yeevel. Wyciągnięte przed siebie w tajemnym geście dłonie, zaczął otaczać płomień. Poprzez szum wiatru można było dosłyszeć wydobywające się z jego ust słowa inkantacji, słowa które w miarę wypowiadania sprawiały, że płomień narastał i potężniał. Z za pleców doszedł ich odgłos naciąganej przez Faledara cięciwy. W świetle błyskawicy krwawo rozbłysła obnażona klinga pałasza Atriela. Dźwięk grającej fujarki świdrował boleśnie w uszach. Mantikora powoli ruszyła w ich kierunku…

Osoby dramatu:
Mistrz Gry : Łodyga
Atriel : Łukasz
Faledar : Maciek
Lin : Marcin
Yeevel : Wyzyk

Moi drodzy minioną sobotę i niedzielę spędziłem oczywiście w Magicznym Miejscu. Powiem Wam, że było to, jak nigdy dotąd, Magiczne Miejsce przez duże M. W dzień oddawałem się prostym przyjemnościom działkowicza. Grabienie trawników, wywożenie liści, przycinanie drzew (może poświęcę temu jeden z Poniedziałków). W nocy zaś, z soboty na niedzielę, odbyła się sesja. No oczywiście nie ma to nic wspólnego z “kampanią wrześniową”, litrami wypitej kawy i paczkami wypalonych papierosów. Te czasy błogiej beztroski już minęły. Spędziłem tą noc w doborowym towarzystwie moich towarzyszy (wiem, że to słowo jakoś tak niechlubnie się kojarzy, ale pora to zmienić), oddając się niebywale ogromnej przyjemności grania.

Rodzaj gry, w którą graliśmy, określany jest skrótem RPG. Co to jest? Mówiąc najkrócej jest to gra wyobraźni. Nie będę się tu rozwodził więcej nad jej istotą, bo nie jest moim celem, aby zanudzić Was na śmierć. Jeżeli kogoś to zainteresuje, to w dobie szalejącego internetu, może wykorzysta Google do bardziej pożytecznych rzeczy, niż tylko oglądanie, no już wiecie czego, niech każdy sam zrobi sobie rachunek sumienia. Dla ułatwienia jeden adres (dla leniwych) http://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_fabularna .

Na początku, kiedy zaczynałem zabawę w RPG, podchodziłem do tego bardzo nieufnie. Wydawało mi się to trochę dziwne. Paru dorosłych facetów siedzi z kartką, ołówkiem, kilkoma kostkami i coś mruczy do siebie pod nosem. To się śmieją, to poważnieją, czasami zapada grobowa cisza. Jaki to ma cel? Po co to wszystko wymyślać, trudzić się, skoro można przyjść sobie do domu, uruchomić komputerek i już mamy rewelacyjną zabawę. Wystarczy tylko odpowiednio szybko klikać myszką. No i siedzą tak wszyscy w domu przed tymi monitorkami i tak sobie klikają i jest tak fajnie, kolorowo i prosto. I tak robi się z czasem wokół nich puściej i puściej i pozostaje w końcu ten prosty, wspaniały monitorek i ta skrzyneczka pod biurkiem, która sobie cicho mruczy. Tylko, że ze szkrzyneczką nie porozmawiasz, skrzyneczka nie roześmieje się w najmniej spodziewanym momencie, nie pośmieje się z twojej nieudanej akcji, nie porozmawia z tobą o ostatnio obejrzanym filmie, czy przeczytanej książce. Na monitorze nie zobaczysz uczucia ulgi, malującej się na twarzach towarzyszy z drużyny, pokiereszowanych przez rozwścieczoną mantikorę, kiedy wydaje się, że już wszystko stracone, a w twoim rzucie na kościach wypadają same sukcesy i szóstka na kości przeznaczenia. Ze skrzyneczką nie napijesz się piwa w jesienny wieczór, kiedy za oknem pada deszcz, a w kominku płonie ogień. Dla takich chwil właśnie warto żyć.

Tak wiem, można napisać maila, odpalić GG, można zakupić sobie nawet mikrofon i kamerę i wszystko wydaje się w porządku. Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla drugiego człowieka, gdzie w tym wszystkim miejsce na wyobraźnię. Zaczyna otaczać nas szara papka, wszędzie jej pełno na wyciągniecie ręki. Papką można się doskonale zapchać, przez chwilę czuć się sytym. Niektórzy łakną wręcz papki już nałogowo. Po co myśleć, po co się trudzić, mamy przecież swoją ukochaną, nieskomplikowaną szarą papkę. Wiem, trzeba być realistą, przed papką nie ma już ucieczki, na trwałe zagościła w naszym życiu. Każdy z niej korzysta, w mniejszym czy większym stopniu. Trzeba jednak pozwolić sobie czasami na odrobinę szaleństwa, na truskawki z szampanem, na deser uwieńczony wisienką. Nie dajmy się papce. Dla mnie takim deserem jest między innymi RPG. Życzę Wam jak największej ilości deserów, zakrapianych suto szampanem. Papkowym skrytożercom mówimy NIE!

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Może za tydzień 😉

Ale oni zamiast Mózgów mają tylko szary puch, który przez pomyłkę został
wdmuchnięty w ich głowy. (Kłapouchy)
A. A. Milne

(2004-10-19 00:49)