Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, dziś nie spodziewajcie się erupcji wulkanu intelektu (o ile kiedykolwiek taka miała miejsce), ani żadnych fajerwerków dobrego humoru (to raczej będą kapiszony i cukier z saletrą). Dziś jest mi źle, szaro i smutno. Dopadła mnie jakaś taka chandra. I nawet nie wiem, czym spowodowana konkretnie. Pewnie to wina jesiennej deprechy. Znowu Poniedziałek będzie we wtorek. Ech szkoda gadać. Zanotowałem zdecydowany spadek formy.

Promyczkiem w tunelu było to, że w sobotę wieczorem otoczyła mnie zgrana załoga Kapitana Nałoga. Pierwszy raz, od nie pamiętam kiedy, znalazłem się po drugiej stronie butelki. Dopadło mnie sezonowe przeziębienie i zmuszony byłem do łykania takich małych fioletowych paskudztw. To spowodowało, że zostałem chwilowo wyłączony z gry (a może nie chwilowo, może już dojrzałem do tej decyzji na dobre – no sami widzicie co też człowiek zaczyna gadać w stresie, muszę chyba udać się do dobrego specjalisty, zaczynam się sam o siebie bać). Kapitan Nałóg zaś, ze swoją wierną drużyną, rozszalał się na dobre. Pierścienie mocy, wszystkie jakie tylko były możliwe, zostały użyte z pełną determinacją i do samiuśkiego końca (można by rzecz, parafrazując słowa poety, do ostatniej kropli gorzkiej łzy). Bardzo, bardzo żałuję, że nie posiadałem ze sobą kamery, abym mógł to wszystko zarejestrować dla potomnych. Kurcze, emeryturę miałbym już zapewnioną.

Ja, Kapitan Nałóg i jego drużyna bawiliśmy się doskonale. Rozumiecie, że nie mogę zdradzić personaliów drużyny Kapitana N. Mogłoby to, z jednej strony, zagrozić jej misji, z drugiej zaś, mógłbym narazić się na ich gniew, a uwierzcie mi, to nie byłoby całkiem dobre dla mnie.

Jakich ja ciekawych rzeczy nie dowiedziałem się tego wieczora. Tematyka była dość rozpięta. Ocierała się trochę o sprawy Duchowe, tu nieśmiało spod stołu wychynęła Polityka, z kuchni, co rusz, swoje trzy grosze dorzucała Historia. Sensacja goniła sensację (nie tylko te dwudziestowieczne). Nie wiem czy wiecie, że ulicę Narutowicza (przy okazji, dostało się też bogu ducha winnej Pomorskiej) wybudowali hitlerowcy w 1939. Zresztą, jak się okazało po wnikliwej i zagorzałej dyskusji, Łódź to generalnie mało polskie miasto (jak zresztą pozostałe 98%, oszczędzono tylko Warszawę i Kraków, nie wiedzieć czemu) więc nie ma co sobie nią głowy zaprzątać.

W sprawach duchowych moi towarzysze zapędzili by w kozi róg niejednego z Ojców Kościoła, poczynając od św. Tomasza z Akwinu (no cóż Jemu udało się podać tylko pięć dowodów na istnienie Boga), a boję się pomyśleć na kim kończąc. Co bardziej gorące głowy i umysły intelektualnie wysublimowane, krzyczały już, żeśmy tylko atomy i pył nikczemny, religia to opium dla mas, a socjalizm najlepszym ustrojem na świecie był. W ferworze dyskusji nikt nie zauważył biednego Immanuela, który klęczał za karę w rogu pokoju, na grochu, i cicho szlochał, po przeprowadzonej przez członków drużyny krytyce rozumu nie do końca już praktycznego.

A czy wiedzieliście na przykład co to są plaskacze? Pewnie nie, tak jak i ja. Dowiedziałem się o tym, kiedy dwóch adwersarzy postanowiło przenieść dyskusję, która zabrnęła w ślepy zaułek, zagubiwszy się gdzieś w meandrach rozważań czysto teoretycznych, na grunt zagadnień bardziej praktycznych (dokładnie był to grunt mojego trawnika, przed tarasem). No serce rosło, patrząc na sposób, w jaki sprawa została rozstrzygnięta. Wszystko odbyło się zgodnie z arkanami kodeksu Boziewicza (wszyscy czuli już na swoich barkach ciężar tradycji i czujnie patrzące gdzieś tam z góry oczy naszych antenatów). Ustalono, że debata odbędzie się na plaskacze właśnie (walimy się po pyskach tylko i wyłącznie z otwartej dłoni), bez kopania (tu pojawiły się pewne wątpliwości, nie do końca rozstrzygnięte). Z pełna odpowiedzialnością i poczuciem doniosłości chwili, złożono na moje ręce okulary i górne partie wierzchniej odzieży, po czym rzucono się w wir dysputy. Może pora była już późna, może adwersarze wyczerpani już wielogodzinnymi sporami, trudno teraz to ocenić. Tak czy inaczej, debata zakończyła się po wstępnym, aczkolwiek dość barwnym zarysowaniu pewnych tez natury ogólnej. Na wnioski końcowe, przyjdzie nam zapewne jakiś czas jeszcze poczekać.

W mojej głowie zaczęła kiełkować pewna niepokojąca myśl. Ja też przecież brałem nie raz (ba nawet nie dwa) udział w wyprawach Kapitana Nałoga. Popatrzyłem na swój pierścień mocy. Jego blask jakoś tak przygasł i zszarzał. Świat po drugiej stronie butelki wyglądał zupełnie inaczej.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Jakiekolwiek podobieństwo do osób, miejsc i sytuacji w powyższym Poniedziałku jest kompletnie przypadkowe i zupełnie nie zamierzone.

Ps. 1
No i widzicie co człowiek potrafi napleść w chwili słabości. To nic, to przejdzie, byle do wiosny. Nie przyczynię się przecież do powiększenia dziury budżetowej. Muszę być odpowiedzialnym obywatelem. Jak to ktoś powiedział: “Przecież można wystąpić z drużyny Kapitana Nałoga. No podobno można, ale jeszcze nikt, nigdy tego nie próbował”.

Ps. 2
Hura, dzisiejszy Poniedziałek będzie naprawdę w poniedziałek, już mi lepiej (kurcze chyba gdzieś w szafce mam schowane pifko).

Ps. 3
No dawno nie było tyle psów

Ps. 4
Pozwolę sobie dzisiaj na mały epilog mojego Poniedziałku (kurcze to zaczyna ocierać się o literaturę przez duże L). Będzie nim tekst piosenki zespołu Kury, pod tytułem “Jesienna deprecha”:

Mam znowu doła
Znów pragnę śmierci
Wracają stare lęki
I nie mogę w nocy spać

Ból przemijania
Choroby, wojny, rozpacz
Wszystkie ciemne strony życia
Dręczą mnie ach kurwa mać

Brazylijski serial już nie cieszy jak kiedyś
Nawet seks jest banalny i nie kręci mnie
Może jestem nienormalny, za krótko byłem w wojsku
Może w lecie jakiś komar adidasa sprzedał mi…

Mam znowu doła
Znów pragnę śmierci
Wszystkie formy samobója
Przed oczyma stają mi

Sam już nie wiem co robić mam
Nie chcę dłużej smażyć tłuczonego szkła
Mam już dość leżenia pod kałużą
Ratuj mnie jesienny mały boże


“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-10-25 23:19)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Gdybyś przypadkiem, zbłąkany wędrowcze, znalazł się tego ponurego październikowego wieczoru u podnóży Gór Siwych, twoje serce zamarło by, a umysł otarł się o granice szaleństwa. Pośród bezkresnych lasów, w odległej dziczy zapomnianej przez boga i trole, w deszczu lejącym się strugami z granatowo czarnego nieba, w świetle błyskawic przecinających co rusz nieboskłon, można byłoby dojrzeć cztery ciemne postacie, uparcie brnące przed siebie wąskim wąwozem. Była to jedyna droga prowadząca do zapomnianej krasnoludzkiej kopalni. Była to jedna z wielu dróg ich poplątanych losów. Była to droga prowadząca ich ku przeznaczeniu.

Gdyby ktoś uważnie przyjrzał się owym postaciom, w świetle iluminacji gromowładnego Boga Krewe, ujrzałby na przedzie postać w skórzanej, czarnej kurtce nabijanej ćwiekami, wzrostu około metr osiemdziesiąt, w lnianych brązowych spodniach, o kruczoczarnych włosach, z czołem przepasanym skórzaną opaską. Z za jego pleców wystawały rękojeści dwóch zabójczych sztyletów, a ręka dzierżąca pałasz, dzierżyła go ze śmiercionośnym spokojem i pewnością siebie. Imię jego brzmiało Atriel.

Postać krocząca za nim, trzymała w lewej ręce łuk, w prawej zaś strzałę spoczywającą swobodnie na cięciwie. Osobnik ten ubrany był w skórzaną brązową kurtkę z kapturem, lniane ciemnozielone spodnie, buty z długimi cholewami, wzrostu około metr siedemdziesiąt. Na plecach spoczywał kołczan wypełniony strzałami. Spod włosów, opadających do połowy pleców, wystawały małe szpiczaste uszy. Ciemnostalowe oczy wpatrywały się z uwagą i skupieniem w nieprzeniknioną dla zwyczajnego śmiertelnika ciemność. Imię jego brzmiało Faledar.

Para podążająca tuż za nimi, wyglądała na pierwszy rzut oka dość komicznie. Nie zdobyłbym się jednak na twoim miejscu mój podróżniku, nawet na drgnięcie kącikami ust. Jeden z nich wzrostu około metr siedemdziesiąt siedem, ubrany był w długą powłóczystą szatę, której skraj plątał się na wysokości kostek. Szata owa, w dniach swojej świetności zapewne koloru czarnego, dziś przypominała raczej stary parciany worek, łatany już tylokrotnie, że ciężko było powiedzieć co stanowi jej istotę. Był to raczej luźny konglomerat materii różnego pochodzenia i maści, świadczący o przebytych trudach i niebezpieczeństwach. W twarzy dwudziestoletniego młodzieńca spoczywały głęboko osadzone piwne oczy. Były to oczy stuletniego starca, oczy w których malowało się zmęczenie, smutek i gniew. Podobno oczy są wrotami duszy. Ta dusza była zagubiona, przeszłość jej była pełna mroku. Imię jego brzmiało Yeevel.

Towarzyszyło mu indywiduum postury nikczemnej, nie więcej niż metr trzydzieści wzrostu. Głowę otaczały kasztanowe, kręcone włosy. Osobnik ów ubrany był w lnianą kurtkę z kapturem i lniane spodnie. U jego boku, za pasem, połyskiwało złowrogo, niczym żądła śmierci, jedenaście sztyletów. Na twarzy malował się cyniczny uśmiech, a w oczach można zobaczyć było złowróżbne błyski i żądzę krwi. Nigdy przedtem, ani nigdy potem, dźwięk imienia żadnego innego halflinga nie budził takiego respektu i grozy. Imię jego brzmiało Lin. Tak, tak mój wędrowcze byłby to chyba ostatni uśmiech zamierający na twej twarzy, pełnej już bólu i niedowierzania.

W oddali zamajaczył cel ich wędrówki. Z wejścia do kopalni dochodził słaby blask płonącego kaganka. Nagle do ich uszu dobiegł dźwięk pasterskiej fujarki. Dźwięk ów, z każda chwila wzmacniał się, narastał, otaczając ich zewsząd, potęgowany poprzez wznoszące się po bokach strome ściany wąwozu. Drużyna przystanęła na chwile zaniepokojona, zaskoczona rozwojem wydarzeń. Wtem zza pleców doleciał ich łopot skrzydeł. Nisko nad ich głowami przeleciało coś nierealnego, nierzeczywistego, coś nie z tego świata. Mimo woli, każdy z nich poczuł chłód na karku, każdy z nich poczuł, że coś przeszło po jego grobie.

O bogowie, cóż za perfidny i mściwy plan obmyśliliście tym razem. O bogowie, czymże owe zagubione dusze zasłużyły sobie na tak piekielny los. Po chwili, która wydała się dla nich wiecznością, ruszyli zdecydowanie przed siebie. Może ty podróżniku byś się zawahał, zaczął w panice uciekać na oślep, a twoje włosy, w ułamku sekundy, przybrałyby kolor otaczających ich wokół wapiennych pionowych zboczy. Oni jednak wiedzieli, że jest to dobra noc na umieranie. Przed wejściem do kopalni, w świetle przeszywających nieboskłon błyskawic, ujrzeli wyłaniająca się z mroku poczwarę. Stała na dwóch kocich łapach, z rozpostarto szeroko błoniastymi skrzydłami niczym u nietoperza. Korpus wieńczył orlim łbem. Z tyłu poruszał się rytmicznie długi, morderczy ogon zakończony skorpionim żądłem. Tak, to była mantikora, wyjątkowo groźny przeciwnik, błyskawiczny i wytrzymały.

Z ust Lina wydobyło się szpetne przekleństwo, którego nie powstydziłby się żaden stały bywalec nowigradzkich zamtuz. Sięgnął pewną ręka do swego pas, wyciągając sztylet. Tuż obok niego stanął Yeevel. Wyciągnięte przed siebie w tajemnym geście dłonie, zaczął otaczać płomień. Poprzez szum wiatru można było dosłyszeć wydobywające się z jego ust słowa inkantacji, słowa które w miarę wypowiadania sprawiały, że płomień narastał i potężniał. Z za pleców doszedł ich odgłos naciąganej przez Faledara cięciwy. W świetle błyskawicy krwawo rozbłysła obnażona klinga pałasza Atriela. Dźwięk grającej fujarki świdrował boleśnie w uszach. Mantikora powoli ruszyła w ich kierunku…

Osoby dramatu:
Mistrz Gry : Łodyga
Atriel : Łukasz
Faledar : Maciek
Lin : Marcin
Yeevel : Wyzyk

Moi drodzy minioną sobotę i niedzielę spędziłem oczywiście w Magicznym Miejscu. Powiem Wam, że było to, jak nigdy dotąd, Magiczne Miejsce przez duże M. W dzień oddawałem się prostym przyjemnościom działkowicza. Grabienie trawników, wywożenie liści, przycinanie drzew (może poświęcę temu jeden z Poniedziałków). W nocy zaś, z soboty na niedzielę, odbyła się sesja. No oczywiście nie ma to nic wspólnego z “kampanią wrześniową”, litrami wypitej kawy i paczkami wypalonych papierosów. Te czasy błogiej beztroski już minęły. Spędziłem tą noc w doborowym towarzystwie moich towarzyszy (wiem, że to słowo jakoś tak niechlubnie się kojarzy, ale pora to zmienić), oddając się niebywale ogromnej przyjemności grania.

Rodzaj gry, w którą graliśmy, określany jest skrótem RPG. Co to jest? Mówiąc najkrócej jest to gra wyobraźni. Nie będę się tu rozwodził więcej nad jej istotą, bo nie jest moim celem, aby zanudzić Was na śmierć. Jeżeli kogoś to zainteresuje, to w dobie szalejącego internetu, może wykorzysta Google do bardziej pożytecznych rzeczy, niż tylko oglądanie, no już wiecie czego, niech każdy sam zrobi sobie rachunek sumienia. Dla ułatwienia jeden adres (dla leniwych) http://pl.wikipedia.org/wiki/Gra_fabularna .

Na początku, kiedy zaczynałem zabawę w RPG, podchodziłem do tego bardzo nieufnie. Wydawało mi się to trochę dziwne. Paru dorosłych facetów siedzi z kartką, ołówkiem, kilkoma kostkami i coś mruczy do siebie pod nosem. To się śmieją, to poważnieją, czasami zapada grobowa cisza. Jaki to ma cel? Po co to wszystko wymyślać, trudzić się, skoro można przyjść sobie do domu, uruchomić komputerek i już mamy rewelacyjną zabawę. Wystarczy tylko odpowiednio szybko klikać myszką. No i siedzą tak wszyscy w domu przed tymi monitorkami i tak sobie klikają i jest tak fajnie, kolorowo i prosto. I tak robi się z czasem wokół nich puściej i puściej i pozostaje w końcu ten prosty, wspaniały monitorek i ta skrzyneczka pod biurkiem, która sobie cicho mruczy. Tylko, że ze szkrzyneczką nie porozmawiasz, skrzyneczka nie roześmieje się w najmniej spodziewanym momencie, nie pośmieje się z twojej nieudanej akcji, nie porozmawia z tobą o ostatnio obejrzanym filmie, czy przeczytanej książce. Na monitorze nie zobaczysz uczucia ulgi, malującej się na twarzach towarzyszy z drużyny, pokiereszowanych przez rozwścieczoną mantikorę, kiedy wydaje się, że już wszystko stracone, a w twoim rzucie na kościach wypadają same sukcesy i szóstka na kości przeznaczenia. Ze skrzyneczką nie napijesz się piwa w jesienny wieczór, kiedy za oknem pada deszcz, a w kominku płonie ogień. Dla takich chwil właśnie warto żyć.

Tak wiem, można napisać maila, odpalić GG, można zakupić sobie nawet mikrofon i kamerę i wszystko wydaje się w porządku. Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla drugiego człowieka, gdzie w tym wszystkim miejsce na wyobraźnię. Zaczyna otaczać nas szara papka, wszędzie jej pełno na wyciągniecie ręki. Papką można się doskonale zapchać, przez chwilę czuć się sytym. Niektórzy łakną wręcz papki już nałogowo. Po co myśleć, po co się trudzić, mamy przecież swoją ukochaną, nieskomplikowaną szarą papkę. Wiem, trzeba być realistą, przed papką nie ma już ucieczki, na trwałe zagościła w naszym życiu. Każdy z niej korzysta, w mniejszym czy większym stopniu. Trzeba jednak pozwolić sobie czasami na odrobinę szaleństwa, na truskawki z szampanem, na deser uwieńczony wisienką. Nie dajmy się papce. Dla mnie takim deserem jest między innymi RPG. Życzę Wam jak największej ilości deserów, zakrapianych suto szampanem. Papkowym skrytożercom mówimy NIE!

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Może za tydzień 😉

Ale oni zamiast Mózgów mają tylko szary puch, który przez pomyłkę został
wdmuchnięty w ich głowy. (Kłapouchy)
A. A. Milne

(2004-10-19 00:49)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Pamiętacie Królika. Królik ma swoich krewnych-i-znajomych, których jest co najmniej z półtora tuzina. Możemy spotkać wśród nich Małego, Jasia Pędraczka, czy też Bardzo Małego Żuczka. Niektórzy z nich siadają komuś na nosie, na innych się przez pomyłkę nadeptuje. Czy Królik jest z nimi szczęśliwy? Czy wystarczająco ich ceni? Czasami wyraża się o nich mało pochlebnie, mówiąc z lekceważeniem w głosie, że ich nie prosił, że przyszli sami, że oni tak zawsze, a w ogóle to niech sobie idą na końcu za Kłapołuchym. Czyż bez swoich krewnych-i-znajomych nie byłby tylko Potulnym i Smutnym Królikiem.

Jak myślicie gdzie spędziłem ostatnie dwa dni. Już słyszę te nerwowe skrobania się po głowie, już widzę te twarze, na których rysuje się wyraz zadumy, te oczy które wyrażają nieme pytanie. Nie bójcie się, nie będę Was długo trzymał w niepewności. Byłem w Magicznym Miejscu. Powiedzieliście zapewne w tym momencie: “Pchi i co w tym niezwykłego, przecież jeździsz tam co tydzień”. To prawda. Prawdą jest jednak również i to, że nieubłaganie zbliża się moment, kiedy nastąpi definitywne pożegnanie z bronią. Wczoraj wychodząc wieczorem po piwo (skąd ja to znam, dlaczego człowiek nie uczy się nigdy na swoich błędach) byłem zmuszony założyć po raz pierwszy golf. Pewnie zdejmę go dopiero za pół roku (nie denerwujcie się to tylko licentia poetica, możemy spokojnie spotykać się przed wiosną). Dzisiaj zrobiło się strasznie zimno, chodzę po ulicach i słyszę wokół tylko jeden odgłos, odgłos szczękających z zimna zębów. Kolejny kamyczek do ogródka Jesieni. Królestwo za odrobinę słońca! Wyjąłem dziś zimową czapkę, kurtkę wyposażyłem w podpinkę, idę kupić rękawiczki (już kupiłem wczoraj). To skłania do chwili refleksji i wspomnień. Pamiętacie, jak kiedyś napisałem, że o wyjątkowości Magicznego Miejsca stanowią dla mnie ludzie, których się tu spotyka. Wspominałem również o tych imprezach które organizują się tak ni stąd ni zowąd. Żeby się nie powtarzać zbytnio, powiem krótko. Scenariusz powtórzył się z iście szatańsko złośliwą dokładnością. Jak kiepski sequel horroru klasy B. Na działce miałem być ja, książka, no i może jedno piwko wieczorem. Bez mamy, babci, cioci, 4 kotów i dzikiej imprezy. W sobotę wieczorem byłem ja, książka, nie było mamy, babci, cioci i 4 kotów. Powiecie, że prawie idealnie się udało i jak zdrowo bez piwka. I prawie że będziecie mieli rację. Tak samo uważało te dwadzieścia osób, które znalazły się w sobotę, o dwudziestej, w moim dużym pokoju przed kominkiem. I na tym zakończę kwestię imprezy, bo pomyślicie sobie że my nic innego w tym miejscu nie robimy, tylko tą magię i magię przyjmujemy, przez co jest tak magicznie. To zaś byłby sąd wielce krzywdzący i me serce raniący.

Pozwolę sobie dziś skreślić parę słów o Was, o krewnych-i-znajomych Wyzyka. Wybaczcie, że wspomnę dziś tylko o paru osobach (umówmy się, to jest taki poczet sztandarowy, jak to na akademiach bywa), z którymi przyszło mi spędzić ostatnie dwa dni (trochę to zdanie zdezaktualizowało się od wczoraj, ale niech pozostanie myśl pierwotna). Obiecuję, że kiedyś powstanie Ściana Chwały Wyzyka i Wszyscy się na niej znajdziecie.

Maciosie, kochany Maciosie, cóż ja bym bez Ciebie uczynił. Do ułomków się nie zaliczasz. Słusznej postaci, o blond włosach, falujących niczym złote łany zbóż na wietrze pozytywnych emocji i radości życia (o kurcze ale popłynąłem, a co tam niech zostanie). Wiem, że wszyscy będą Cię przeklinać za to, że pokazałeś mi bębenki. Nic to, dla sztuki nie ma poświęceń zbyt wielkich. Przywoź je zawsze kiedy tylko będziesz mógł. Niech wioska drży w rytmie naszej (no dobrze zapędziłem się troszkę – Twojej) muzyki, muzyki która sprawia tak wiele prostej, naturalnej przyjemności. Macios jest naszym karolinowskim Bachusem. Impreza z jego udziałem nie może się nie udać. Inna sprawa, że czasami udaje się za bardzo, no ale to już historia na inną bajkę. Kto jak, kto ale Macios zna się na formatowaniu twardych dysków. Dzięki Tobie i Łodydze (o którym za chwilę) poznałem też przyjemności żeglowania. Cóż mogę powiedzieć, szanty już o mnie piszą. Zawsze będę pamiętał komu to zawdzięczam. Maciosie jest doskonale.

Łodyga Ty mój czarny aniele karolinowskich abstrakcji. Jeżeli kiedykolwiek w Karolinowie, w środku upalnego dnia, zobaczycie postać w czarnych dżinsach, w czarnej koszulce (tu są pewne wariacje jeżeli chodzi o nazwy zespołów, ale nie pytajcie mnie, co to jest mroczny, wampiryczny, gotycki metal z Anglii, bo ja nie wiem), czarnych glanach, z kosa przerzuconą przez ramię, nie uciekajcie (na wszelki wypadek nie idźcie tylko za nią w stronę światła). To jest nasz kochany Łodyga. Jeśli tylko kiedyś przyszła by wam ochota na zorganizowanie meczu siatkówki, pogranie w Grunwald, czy może jakąś małą wycieczkę krajoznawczą dajcie mi znać, podam wam numer do Łodygi. Będziecie mieli wszystko zaplanowane z iście niemiecką dokładnością. Błagam, tylko nie próbujcie nic w tym planie zmieniać, bo może zrobić się dla Was niebezpiecznie. Od tylu lat dzięki Łodydze, nie możemy się nudzić w Magicznym Miejscu, nawet gdybyśmy bardzo chcieli (i nie radzę wam próbować bezproduktywnie usiąść na dupie, na tarasie, patrząc się tępo w niebo, bo wtedy niewiadomo skąd, niewiadomo jak zjawia się czarny mściciel traconego czasu). Ostatnio chłopak nam zmężniał, obciął włosy (a miał takie prawie do pasa), troszkę się ucywilizował, tylko może coś za bardzo go do tych jabłek ciągnie. Łodyga jest doskonale.

Ania i Marcin, co prawda, stosunkowo niedawno dołączyli do naszego grona, no ale jak już dołączyli to na całego. Siła, spokój, rozwaga. Te trzy słowa przyszły mi pierwsze na myśl, kiedy o Was pomyślałem. Wcześniej jakoś tak troszkę ukrywali się gdzieś po opłotkach. Mieli swoje dróżki, swoje plaże, no ale powiedźcie sami, warto było. No pewnie że nie, przecież jesteśmy wspaniali (bardzo lubię takie odpowiedzi na moje pytania, (ale fajnie się tak pokrygować (dobra nie będę przesadzał, bo nie będą chcieli więcej mnie już komplementować), że to niby nie trzeba było i w ogóle) dziękuję ci Aniu i Marcinie, naprawdę nie trzeba było). Dzięki Ani mamy doskonałą, wręcz powiedziałbym artystyczną, dokumentację fotograficzną naszych poczynań. Pozwolisz Aniu, że kiedyś wykorzystam te zdjęcia na naszej stronie Karolinowskiej, którą zamierzam reaktywować (o kurcze właśnie złożyłem jakąś mało przemyślana obietnicę, no ale co też człowiek nie plecie jak się chce podlizać).

Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Wam, o godzinie drugiej w nocy, nad Zalewem Sulejowskim ochota na jajecznicę na szyneczce, z doskonale zeszkloną cebulką, lub może, pif-paf, na risotto z migdałami, zakropione kapką (no może dwoma kapkami) wiśniowej naleweczki (a co trzeba mieć ułańską fantazję) to zapraszam do Justyny. Na parapecie pomiędzy stołem, a kuchennym blatem leży spokojny, ale czujny fonendoskop. Znużony wędrowcze, możesz spokojnie już usiąść i pozwolić aby przez twoje kanaliki oskrzelowe swobodnie przepływało powietrze (nie zapominajmy oczywiście o wiśniówce).

Wiciu i Dorota. To tyle na dzisiaj o Was. Kara musi być, bom troszkę na Was obrażony. Zamiast do Karolinowa, to Wy do jakiejś tam zapaździałej Chorwacji jeździcie, znaku życia przez pół roku nie dajecie, a potem jak gdyby nigdy nic, niezapowiedziani, pojawiacie się u mnie na działce w sobotę po południu, przyprawiając moje biedne schorowane serce o palpitacje. Ja w tym wieku nie mogę już przeżywać tak silnych, niespodziewanych chwil wzruszenia.

Wszyscy jesteście wspaniali, moi krewni-i-znajomi kochani. (niech nie cieszą się Ci, których w tej chwili, z powodów czysto technicznych i formalnych, nie wymieniłem, mamy jeszcze parę Poniedziałków przed sobą, zanim wiosna zawita). Jeszcze nigdy tak wielu, nie zrobiło tak wiele, dla tak niewielu (czyli mnie). Mogę z Wami ostro pohulać, spędzić noc na oglądaniu nieba gwiaździstego, powygłupiać się i porozmawiać o sensie życia. Mogę z wami śmiać się i płakać. Mogę zwrócić się do Was ze swoimi problemami i zawsze mi pomożecie, jeżeli tylko będziecie mogli. Ja nie tylko mogę, ja chcę, a najwspanialsze w tym jest to, że wy również macie na to ochotę przez tyle lat. Mogę na Was liczyć. Pozwalacie mi przetrwać ciężkie dni i zakręty losu. Dajecie mi siłę abym ciągle wtaczał ten kamień. Wszyscy jesteście wspaniali moi krewni-i-znajomi kochani.

No dobrze kończę, bo powoli widzę, że ześlizguję się z fotela. Za chwilę moje palce stracą kontakt z klawiaturą (kurcze robię się jakiś taki strasznie sentymentalny na Jesień). Dziękuję Wam wszystkim za wszystko co było, jest i głęboko w to wierzę, że będzie. Bez Was byłbym tylko Potulnym i Smutnym Wyzykiem.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.

– O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenia.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie
rozumie.
A. A. Milne

(2004-10-13 00:01)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Powiem Wam, że jakoś tak dzisiaj, całkiem znienacka, dopadła mnie Jesień. Chodziła za mną od paru tygodni, ale do tej pory udawało mi się przed nią uciekać. Przemykała się gdzieś za moimi plecami, czułem jej obecność, czasami zauważyłem ją gdzieś w oddali kątem oka. Nie miała jednak do mnie dostępu. Sam nie wiem, dlaczego udało się jej właśnie dziś. Może dlatego, że spędziłem ostatnie dwa dni w Kaliszu z Magdą, Leszkiem, Konradem i Gośką. Jak zawsze było bardzo miło i jak zawsze kiedy wracam do Łodzi, dopada mnie choroba sieroca. Jest mi strasznie smutno i źle, że tak szybko mijają te chwile beztroski, wytchnienia i poczucia normalności.

Październik minie nawet nie wiem kiedy, listopad i grudzień też pewnie jakoś tak przemkną i okaże się że kolejny rok mam już za sobą. Zbliżam się powoli do wieku ewangelicznego. A tu przede mną pół roku zimna, szarości i pluchy. Jak ja nienawidzę jesieni i zimy. Marzną mi ręce, marzną mi stopy, marznie mi nos. Jest mi cały czas cholernie zimno i nie ma takiego ubrania, które by to zmieniło. Nie mówiąc już o nosie. Koszmar. Wstaje do pracy ciemno, wracam z pracy ciemno. Pół roku ciemnicy. Dobrze, kończę już tą litanię narzekań, bo czuję, że możecie za chwilę zrobić coś nieodpowiedzialnego i niegodnego konesera mojej twórczości.

W sobotę i niedzielę pogoda była przepiękna, słoneczna, wprost wymarzona na wycieczki. W sobotę zwiedziliśmy wieczorem starówkę. Jest już praktycznie po sezonie, toteż nie ma ogródków piwnych, panuje na kaliskiej starówce spokój i cisza. Pozostały małe, kręte uliczki, wyłożone granitową kostką, ciche i dostojne z odnowionymi w duchu epoki kamienicami. Przez chwilę człowiek znajduje się w innym czasie i miejscu. Zapomina o całym zgiełku, który panuje tuż za rogiem. Latarenki roztaczają ciepłe, mleczne światło. Wydaje się, że za chwilę zza rogu wyjdzie dostojnym krokiem postać w cylindrze, we fraku, podpierająca się laską, prowadząca pod rękę kobietę w długiej powłóczystej sukni. Postać ta będzie niecierpliwie machać ręką na dorożkarza, który zmęczony przysnął na koźle. Po chwili, przez rynek przetoczy się stukot końskich podków uderzających o bruk Zaraz przypomina mi się film “Noce i dnie” i sceny z życia Kalińca. Ech łezka się w oku kręci (nie za filmem, bo za filmem i książką, delikatnie mówiąc nie przepadam, no może poza sceną ze stawem i kwiatami, no ale już taki ze mnie romantyk).

W niedzielę pojechaliśmy do Gołuchowa. Mam generalny problem z zapamiętywaniem nazw. Na szczęcie ta skojarzyła mi się z Głuchowem. Jak to powiedziała Magda wystarczy dodać “o” i nie potrzeba już lecytyny. Gołuchów nie ma nic wspólnego z tym targowiskiem. Jest to miejsce prawie że magiczne (wiadomo Magiczne Miejsce może być tylko jedno i Wy wiecie już dobrze, gdzie się ono znajduje). Miejscowość ta znajduje się 14 kilometrów od Kalisza. Możemy tu podziwiać jedyny w swoim rodzaju park krajobrazowy, o powierzchni 162 ha, z 500 gatunkami drzew, krzewów (również egzotycznych) i zamkiem w stylu renesansu francuskiego. Tak na marginesie dowiedziałem się, że kasztanowiec zwyczajny przybył do Polski dopiero w XVI w. Krajem jego pochodzenia jest Grecja i Bułgaria, a mnie się wydawało zawsze, że to takie iście swojskie, rodzime drzewo. Troszkę mój dysonans poznawczy ukoiła informacja na tabliczce, że doskonale wtopił się w otaczający go krajobraz. W sąsiedztwie parku, w lesie jest hodowla żubrów, gdzie można z bliska podziwiać te majestatyczne zwierzęta. Na każdym kroku czuję się tu historię. Idąc parkowymi alejkami, w szpalerze wiekowych topoli, ma się wrażenie, że za chwilę spotkamy księżną Czartoryską otoczoną swoimi hartami. Cały park był w różnych odcieniach żółci, brązu i gdzieniegdzie przebijającej się jeszcze nieśmiało zieleni. Trawniki były już przykryte coraz grubszym dywanem opadających liści, wśród których w promieniach słońca połyskiwały opadające kasztany. Chciałem, aby w tym momencie czas się zatrzymał. Panowała przyjemna, leniwa cisza, tylko z rzadka spotykało się innych zwiedzających. Mógłbym w tym miejscu spędzić resztę swojego życia, oczywiście gdybym był właścicielem tego zamku, a nie prawomyślnym, bogobojnym włościaninem zamieszkującym zamkowe czworaki. No ale nie można przecież być w życiu minimalistą. Jeżeli kiedykolwiek zdarzy się wam przebywać w okolicach Kalisza, to musicie koniecznie pojechać do Gołuchowa. Byłoby zbrodnią nie odwiedzić tego miejsca.

Jak to mówią słowa piosenki nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić. Wysiadłem z pociągu na stacji Łódź Kaliska w niedzielę, trzeciego października, o godzinie dwudziestej. Już na peronie poczułem na swoich plecach świdrujące oczka Jesieni. Pomyślałem sobie: “Wyzyk dasz radę”. Zacząłem biec w stronę samochodu. Z za pleców doszedł mnie odgłos szybkich kroków, kroków które powoli , ale nieubłaganie zbliżały się do mnie. Wskoczyłem do samochodu i nie oglądając się za siebie, czym prędzej odjechałem. Sukces był chwilowy. Kiedy znalazłem się pod domem już na mnie czekała. Postanowiłem ją zignorować, udać że nie widzę, może się obrazi i pójdzie sobie. Wyjrzałem przez okno. Cały czas stała pod furtką. W niedzielę, trzeciego października, o godzinie dwudziestej pierwszej zachciało mi się napić piwa. Musiałem iść do sklepu. Teraz po fakcie, mogę sobie wypominać, że to był błąd, że moje zachowanie było lekkomyślne, nieodpowiedzialne, że sam kusiłem los i się doigrałem. Z drugiej jednak strony to było nieuniknione. Czy był sens odraczać to, co i tak musiało się wydarzyć. No może zyskałbym jeszcze dzień, może dwa. Co by to zmieniło. Wyszedłem na pustą, ciemną ulicę. Było chłodno. W powietrzu czuć było specyficzny zapach wilgoci. W około roztaczała się lekka mgła. Zacząłem iść powoli, krok za krokiem, z determinacją skazańca, na którego wyrok został już wydany. I wtedy to się stało. Dopadła mnie Jesień.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Może za tydzień o Wyzyku pogromcy Big Stara, czyli jak Wyzyk dwa dni kupował jedną parę spodni i co z tego wynikło.

Ps.1
Za tydzień Poniedziałek będzie zapewne we wtorek, bo udaję się na krótki czterodniowy urlop. Przepraszam z góry wszystkich fanów.

“Odkąd Puchatek Siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia zeschodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to zrobić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić.”
A. A. Milne

(2004-10-04 01:29)