Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, właśnie siedzę przed komputerem we włosiennicy, posypuję głowę popiołem i między jednym, a drugim zdaniem batogiem przez plecy chlast, chlast. Inna sprawa, że pewnie nawet nie zauważyliście mojego sromotnego występku lub może odetchnęliście z ulgą, że w końcu ten koszmar się skończył. Ja jednak na posterunku czuwam. Spóźniony, przepełniony poczuciem winy i pełen skruchy, ale jestem. Nawet nie będę próbował się usprawiedliwiać, by nie pogarszać swojego i tak katastrofalnego położenia. W nagrodę opowiem wam pewną historię.

W minioną sobotę i niedzielę byłem w Karolinowie. Pewnie zadajecie sobie teraz pytanie, po kiego diabła on nam z jakimś Karolinowem tu wyjeżdża. Co to w ogóle jest? Otóż moi drodzy, jest to bardzo ciekawe, magiczne, wręcz bym powiedział, miejsce, gdzie odkryłem parę dni temu, że świat ma wiele wymiarów i płaszczyzn, czasami ten sam czarny kot przebiegnie ci dwa razy tą samą drogę, a jeżeli ktoś zaproponuje Ci żebyś podążał za białym królikiem, to lepiej od razu wal go w pysk i o nic więcej nie pytaj psubrata. No dobrze, ale po kolei.

Pojechałem do Karolinowa z Maciosem. Sam początek podróży był już trochę dziwny. Macios przyjechał do mnie swoim samochodem, jako że mieliśmy jechać razem. Pojechaliśmy jednak w dwa, ot taki mini konwój mknący przez uśpione wsie i miasta w piątkową noc. Wjeżdżając do Karolinowa, zatrzymaliśmy się koło Leszka, aby ładnie powiedzieć dobry wieczór (no była w końcu 22). Leszek z Magdą już trochę tak zmierzali w stronę miłych poduszeczek, ja jednak jak to ja, zacząłem kusić, że może tak na chwilkę i w ogóle. Muszę się przyznać, że zachowałem się w tym momencie jak cham i prostak. Jeszcze raz błagam o przebaczenie, bijąc się publicznie w pierś i nie mówmy już więcej na ten temat. Niech mroki niepamięci okryją mój dalece haniebny postępek, a łaskawe wielkoduszne serca, wspaniałomyślnie zapomną. Stanęło na tym, że szybciutko pojedziemy na działkę, zrobimy co swoje i tak na piętnaście minut wejdziemy na kawę. Byliśmy u Leszka pół godziny później. W okolicach północy, kiedy lekkim krokiem zmierzaliśmy przez wieś w stronę mojej działki, bo Macios spał ze mną (Paulino musisz wybaczyć, patrz wyżej na temat wielkoduszności, serca etc.), niebo gwieździste była nad nami, a prawo moralne w nas. Macios przywiózł z Bieszczad bębenek. Instrument ów jest wykonany własnoręcznie. Został wydrążony z kawałka pnia, obciągnięty kozią skórą, pomalowany w wymyślne wzory. Misterna robota człowieka mieszkającego w tipi, który przy płonącym ognisku, burzył nim spokój nocy.

Usiedliśmy w dużym pokoju, przy świetle płonącego ognia i zaczęliśmy grać. Nagle czas zaczął powoli płynąc wokół nas. Otoczył nas rytmiczny dźwięk wypełniający przestrzeń. Czas zwalniał i zwalniał. Pozostał sam dźwięk. Można było się w nim zatopić bez granic. Wszystkie złe emocje, myśli, zdarzenia gdzieś odpłynęły. Były daleko, takie nieważne. Cały pokój wypełniała pozytywne wibracje. Nie wiem jak Macios, ale ja przeżyłem swoje małe katharsis. Bóg nie obdarzył mnie niestety słuchem, ani poczuciem rytmu, ale ja się nie poddam. Mamy plan z Maciosem. Zrobię własnoręcznie taki bębenek i będę na nim grał. To już postanowione.

W sobotę była przepiękna pogoda. Cały dzień świeciło słońce. Przyjechały kolejne trzy bębenki. Każdy mógł już grać na swoim. Po południu pojechaliśmy z Maciosem samochodem do sklepu. Rozpoczął się bieg dziwnych wydarzeń. Wracając na działkę, zobaczyliśmy przed sobą olbrzymią lawetę, tarasującą całą drogę przez wieś, z której zjeżdżał walec (dla tych co nigdy nie byli w Karolinowie, aż się nie chce wierzyć, że tacy istnieją, droga przez wieś jest to 2 kilometry asfaltu, prowadzącego prosto jak w pysk strzelił). Takie duże stalowe bydle. Działo się to przed drogą, która prowadzi na działkę do Łodygi (dla tych co nigdy…, droga na działkę do Łodygi jest to kilometr ubitej gliny, otoczony polami, prosta jak w pysk strzelił). Może byliśmy trzysta metrów od walca, kiedy wjeżdżał na drogę prowadzącą na działkę do Łodygi. Popatrzyliśmy się na siebie z Maciosem z pewnym błyskiem wątpliwości i zaniepokojenia w oczach. Mogło upłynąć pięć, no może dziesięć sekund, kiedy znaleźliśmy się na wysokości inkryminowanej drogi. Z zaciekawieniem spojrzeliśmy, co też ten walec będzie za harce na niej wyprawiał. Zobaczyliśmy tylko kilometr gliny i otaczające go pola. Jakiś zimny dreszcz przebiegł po naszych plecach. Walca nigdzie nie było.

Po obiedzie poszliśmy z bębenkami na plażę. Pośrodku lasu naszym oczom ukazał się samochód ciężarowy z wysięgnikiem i koszem zamontowanym na jego końcu. Można zobaczyć takie pojazdy na ulicach miast, umożliwiają wymianę oświetlenia w ulicznych latarniach. Czyżby panowie wymieniali szyszunie przed zimą. Postanowiliśmy z Maciosem, że nic nie zburzy spokoju naszych dusz. Rozłożyliśmy się na kocyku i zaczęliśmy grać (tak mówiąc całkiem szczerze, to grał Macios, a ja mu całe dwie godziny przeszkadzałem, ile tylko sił miałem w rękach, no ale Macios jest cudowny i powtarzał mi cały czas, że idzie mi coraz lepiej). Nad naszymi głowami zaczął krążyć wiroszybowiec. Pan przeleciał może metr nad moją głową. Robi to niesamowite wrażenie. Ja popatrzyłem się na pana, pan na mnie, uśmiechnęliśmy się do siebie i już go nie było. Bardzo interesująco wygląda człowiek uwieszony na płachcie materiału z suszarką na plecach. Kurcze jaka to musi być frajda patrzeć się na to wszystko z góry. Ech żeby nie mój lęk wysokości, to kto wie (musiałem Komuś bardzo podpaść, nie dość, że żadnego talentu nie użyczył, to jeszcze milion fobii dołożył). Wieczorem przyjechała moja siostra z Michałem i amstafem. Piesek ma już siedem tygodni, poważny koleś z niego. Jest słodziutki. Taka mała kuleczka, trudno mi określić czy cała biała w kawowe łaty, czy też na odwrót. Tak milusińsko już warczy jak mu się coś nie podoba i rzuca się w kierunku gardła, ale czy coś mogło zakłócić tego wieczoru spokój mojej duszy (swoją drogą siostra, mogłaś znaleźć prostsze rozwiązanie, jeżeli nie chciałaś, żebym do Ciebie przychodził). Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, a bębenki były cztery. Wieczór upłynął na bardzo przyjemnym muzykowaniu.

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę na tamę i może nie było by w niej nic ciekawego, gdyby nie wydarzenie w drodze powrotnej. Przejechaliśmy już skrzyżowanie w Treście i zbliżaliśmy się do kurzej fermy (dla tych co nie byli…, za dużo tłumaczenia musicie po prostu w końcu przyjechać i zobaczyć to na własne oczy), kiedy to zza górki wyjechał Polonez z przyczepą. Polonez, jak to Polonez, wiadomo najlepszy samochód na świecie i zakończy na tym dyskusję. Co ciekawego było jednak w tym egzemplarzu? Może to, że jechał z górki, dosyć chwacko rzekłbym. Może to, że ciągną wyładowaną przyczepę, a może to, że kiedy się do niego zbliżaliśmy otworzyła mu się przednia klapa. Poczuliśmy się jakoś tak niepewnie utraciwszy kontakt wzrokowy z kierowcą tego białego bolidu (no wiecie nie tylko turkusowe szerszenie jeżdżą po polskich drogach). Popatrzyliśmy się na siebie i doszliśmy jednogłośnie do wniosku, całą czwórką, że najwyższa pora definitywnie zakończyć ten sezon. Coś nam nie wychodzi to od końca sierpnia. Prób była bez mała z osiem, a każda następna lepsza od poprzedniej. Tym razem to był prawdziwy weekend na działce.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Rozumiecie już chyba, że musiałem ochłonąć i poukładać sobie to wszystko w głowie.

Ps.
Pozdrawiam Paulinę. Nie przejmuj się u nas robi się już zimno, deszczowo i ponuro, a z Maciosem to nic poważnego lubimy się po prostu.

Ps
Pozdrawiam Anie, dzięki Wam świat jest lepszy.

Ps.
Pozdrawiam Wiolę, do szybkiego zobaczenia.

Ps.
No dobra, koniec tej prywaty. Za tydzień znów jadę chyba w Polskę, więc różnie być może. Nie martwcie się jednak, ja zawsze powracam. Freddi Krueger

“Odkąd Puchatek Siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to zrobić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić.”
A. A. Milne

(2004-09-29 00:45)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*