Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Dzisiejszy Poniedziałek dedykuję Paulinie. Paulino, jeżeli czytasz te słowa, hen daleko na obczyźnie, pamiętaj, że jesteśmy myślami cały czas z Tobą. Nawet nie zauważysz jak szybko minie te parę miesięcy i znów będziemy pić wszyscy razem zimne piwo w Magiczny Miejscu.

No cóż moi drodzy, lato zbliża się ku nieubłaganemu końcowi. Jak to mówi poeta: “Jesień idzie nie ma na to rady!”. Niedługo już będę miał przyjemność obcowania z karolinowską przyrodą. Magiczne Miejsce zostanie okryte białym, cichym płaszczem zimy. Będzie przez to jeszcze bardziej magiczne i cudowne, lecz na letnie harce przyjdzie nam poczekać z utęsknieniem. Ech nucę sobie pod nosem:

Minął sierpień, minął wrzesień –
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii mglisty woal..
Nie żałuję letnich dzionków –
róż, poziomek i skowronków,
lecz jednego jedynego jest mi żal…*

Tych spotkań, które toczą się tak mimochodem w Magicznym Miejscu. Jest to bardzo dobre określenie “mimochodem”. Tydzień temu odbyła się w Magicznym Miejscu taka mała pożegnalna impreza. Jak się okazało po fakcie, żegnaliśmy odchodzące lato, a zarazem Paulinę. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. A oto krótka historia, jak to napisał Wółek, niezłego zakończenia lata.

Od paru tygodni wyjeżdżając na działkę mam zawsze taki chytry i prosty plan. Kupię sześć piw. Wieczorem, w zaciszu pokoju, przy palącym się kominku, wśród odgłosów gadającego ognia, w purpurowej poświacie płomieni, skonsumuję je, oddając się chwili refleksji i zadumy. Słyszałem, że trzynastka jest pechowa, siódemka podobno szczęśliwa, ale o szóstce nic nie mówili. Nad tą szóstką tkwi jednak jakaś klątwa. Zawsze idzie coś nie tak Zawsze coś potoczy się tak mimochodem. Tak też było i tym razem. Naprawdę miałem takie silne postanowienie.

Jest regułą, że wszystko zaczyna się bardzo niewinnie. Kolega Raduś poprosił nas, żebyśmy przyszli do niego na ryby. Samemu tak nudno się siedzi. No cóż, ja i Michał dobre serca mamy z natury, nie mogliśmy zostawić Radusia w potrzebie. Jakie było nasze zdziwienie, zaskoczenie i oburzenie, gdy okazało się, że ryby owszem łowią się, a my tu w tym czasie może takie co nieco, to co tygrysy lubią najbardziej. Wstyd się przyznać, ale nas dwóch starych wyjadaczy, co niejedną musztardówkę w ręku trzymali, wziął przez zaskoczenie. Nawet nie zdążyliśmy się obejrzeć, kiedy okazało się, że te śladowe ilości wsiąkły w piach, pozostawiając smutek niespełnienia. Smutek pogłębiał fakt, że była dopiero godzina 16. Patrzyły na nas oczy przodków, poczuliśmy ciężar stuleci na naszych młodych barkach. Jako nieodrodni synowie tego narodu uradziliśmy z Michałem co następuje: na wieczór zakupimy w ramach rewanżu śladowe ilości i ich ćwierć; wszystko odbędzie jak przystało na Europejczyków, z ą i ę; damy świadectwo prawdzie, zadając kłam, jakoby w narodzi nie było kultury spożycia. Odbyliśmy wycieczkę do Smardzewic. Zrealizowaliśmy nasze szczytne założenia, choć złe głosy w głowie szeptały. Dumni z siebie czekaliśmy na wieczór. Do pewnego momenty wszystko toczyło się zgodnie z planem. Poszliśmy na plaże. Przy blasku świec, szumie wody, podziwialiśmy rozgwieżdżone, wrześniowe niebo, nieskalane najmniejszą chmurką, sącząc od niechcenia śladowe ilości. To ktoś rzucił uwagę na temat teorii względności, ktoś inny pochylił czoło nad Galileuszem, w podgrupach toczyła się dyskusja o poezji Cypriana Kamila Norwida. Na przystawkę podano złocisty napój o intensywnym, niepokojącym smaku, z pewną nutą goryczy. Czas płyną mile lecz nieubłaganie. Postanowiliśmy tak wyśmienicie rozpoczęty wieczór zakończyć u mnie na działce, przy płonącym ogniu w kominku, z filiżanką aromatycznej, czarnej kawy w ręku.

I tu poszło coś nie tak. Ideał sięgnął bruku. Czy znacie kogoś kto pił Balsam Pomorski. Już znacie. Balsamy mogą być podstępne. Trzeba było się zabezpieczyć. Uratować mogła nas w tej sytuacji tylko Żołądkowa Gorzka. Wypełniła doskonale swoje zadanie. Koło północy przyjechał Macios z Pauliną. Nadszedł czas pożegnania. Te smutne chwile zadumy i refleksji nad losem krajana na obczyźnie, mogliśmy spędzić tylko i wyłącznie w godnym towarzystwie Jana III Sobieskiego. Potem impreza potoczyła się już mimochodem. Nienawidzę z całego serca jej czarnych oczu. Najchętniej bym je wydłubał, ale szkoda było mi mojego magnetofonu. Część z gości miała przeprowadzoną darmową psychoanalizę i stworzony portret psychologiczny, przez pewnego pana. Pojawiły się też pewne wątpliwości co do prawdziwości i naturalności pewnych zagadnień prezentowanych przez jedną z koleżanek. Dokładnie były to dwa zagadnienia. Zrodził się tu odwieczny problem każdego badacza. Co wybrać empirię czy czystą teorię. O czwartej nad ranem znaleźliśmy się na plaży. Pożegnanie lata zmierzało powoli do końca. Już nigdy, przenigdy nie wspomnę słowem o sześciu piwach. Ale łezka w oku się kręci. To było naprawdę niezłe zakończenie lata. Reszta szczegółów tej nocy, niech pozostanie w wdzięcznej pamięci jego uczestników.

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

*Adio pomidory słowa J. Przybora

Ps.
I o czym ja będę pisał przez te długie zimowe wieczory. Ech a mnie jest szkoda lata. No o tym może za tydzień.

“To bzykanie coś oznacza. Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-09-21 01:10)