Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, niestety nie udało mi się dotrzeć w tym tygodniu do Magicznego Miejsca. Zły los stanął na drodze. Może dlatego pozwolę sobie na odrobinę refleksji, wspomnień. Mam od wczoraj cholera jakiś taki nostalgiczny nastrój (nie, nie bójcie się nie będzie nic o Sępie Miłości, jakoś ta poetyka mi nie odpowiada). Myślałem (wielkie słowo), że minie. Powiedziałem sobie: “Wyzyk napisz ten Poniedziałek lepiej jutro”. No nie minęło, a poniedziałek zbliża się ku schyłkowi. Jakoś tak zrobiło się sentymentalnie. Skreślę parę słów o Karolinowie i paru takich innych sprawach. Mam nadzieję, że kochacie mnie już na tyle, że zniesiecie kolejny odcinek pt. “Co tam Wyzykowi w duszy gra”. Jeżeli nie macie dziś na to ochoty, to nie czytajcie dalej, proponuję od razu Koszalin.

Każdy chyba powinien mieć, lub ma coś takiego, do czego zawsze chętnie powracać. Coś takiego co spowoduje, że na myśl o tym robi mu się cieplej i milej gdzieś tam pod sercem. Coś co wywoła uśmiech na twarzy, a czasem nie wiedzieć czemu spowoduje dziwne mruganie powiek. Ot pyłek, który wpadł przypadkiem do oka. Jak wiadomo, wszem i wobec, taki pyłek potrafi być bardzo podstępny. Pojawia się znikąd i nijak nie chce wypaść. Dla każdego jest to pewnie cos innego. Książka, która zapadła Ci w pamięć, film na którym stado oszalałych pyłków zaatakowało Twoje oczy, miejsce do którego zawsze będziesz wracał, osoba której możesz i chcesz powiedzieć tych kilka słów. Ja mam chyba parę takich rzeczy i dzisiaj chciałbym Wam o nich krótko powiedzieć.

Mistrz i Małgorzata Michała Bułhakowa. Przeczytałem tą książkę w całości może 20 razy, ile razy zrobiłem to czytając wybrane fragmenty, nawet nie staram się liczyć. Pierwszy raz zrobiłem to w trzeciej klasie liceum i tak już pozostała ze mną na resztę życia. Nawet doszedłem ostatnio do wniosku, że muszę poszukać dobrego introligatora (dajcie znać jeżeli takiego znacie), bo biedna książka nie wytrzyma już długo. Na razie leży więc na półce i czeka. Zawsze mam ją jednak pod ręką. Za co ją kocham. Nie da się tego powiedzieć w dwóch słowach. Czas jednak goni, może innym razem będę miał jeszcze okazję o tym wspomnieć. Na dziś powiedziałbym, że za jej mądrość i wiarę. Jak to powiedział Poncjusz Piłat: “O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!”

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o Kubusiu Puchatku i Chatce Puchatka A.A. Milne. W dwóch słowach: mądrość i pogoda ducha. Zawsze kiedy czytam zakończenie Chatki Puchatka “I poszli, trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu.”, zawsze jakiś zagubiony, samotny pyłek znajdzie się w pobliżu.

Z filmem odpowiedź nie jest już taka prosta. Jest ich kilkanaście na mojej liście. No cóż, czas jednak goni. Z racji tego, że dziś raczej w sentymentalnym nastroju przebywam wymienię Casablance. Oczywiście mówię tu tylko i wyłącznie o czarno- białym oryginale. Pokolorowanie tego filmu, jest zbrodnią godną Norymbergi. Nie skalajcie jej nigdy oglądaniem w kolorze. Ech, czy muszę mówić za co kocham ten film. Parafrazując czyjeś powiedzenie (chyba kogoś z grupy “Łódź Kaliska”) są dwa powody, dla których warto znaleźć się w kinie Ingrid Bergman przede mną i Humphrey Bogart we mnie. Jak to powiedział Kapitan Louis Renault: “Bo sądzę, mój drogi Ricku, że pod tą cyniczną skorupą w głębi serca jesteś sentymentalny.”

Co do miejsca to nikt chyba nie miał wątpliwości – Karolinów. W tym momencie zatrzymajmy się na chwilę. Pierwszy raz w Karolinowie pojawiłem się, o ile dobrze pamiętam, a pamięć ludzka potrafi płatać straszne figle, zwłaszcza już w tym wieku, gdzieś tak w 1989 roku. No cóż, była to dziura zabita dechami, jak milion innych dziur na całym świecie. Z Łodzi do Tresty jechało się godzinę (około 70 kilometrów), a z Tresty do Karolinowa dwadzieścia minut (odległość około 3 kilometrów). Na wsi znajdował się jeden sklep PSS Społem, który prowadzili miejscowi gospodarze. Atrakcją tygodnia były dostawy chleba. Przywożono go chyba trzy razy w tygodniu. Cała wieś liczyła może z 40 chałup, dostawa liczyła więc około 40 bochenków. Jakaś logika szalonego matematyka to i w tym była. Po chleb należało ustawić się w kolejce już gdzieś tak o 8 rano, a czasem i wcześniej. Wiecie jak jest, miejscowe babcie na bezsenność cierpiały i człowiek też musiał cierpieć jak jeść chciał. Generalnie za każdym razem zawiązywał się komitet kolejkowy i wszyscy na wszystkich patrzyli się nieufnie. Czterdzieści chlebów do dyspozycji, a chętnych dwa razy tyle. I tak udawało się wywalczyć za każdym razem możliwość kupienia całego chleba, a nie połówki. Nie było tłumaczenia, że dzieci w domu z głodu płaczą, że ja dla sąsiada kupuję, że przecież rodzina pięcioosobowa, że babci ostatnim życzeniem było ujrzeć dwa bochenki obok siebie. Pan sklepowy był czujny jak czapla, nikt się nie prześlizgnął. Powiem może tylko tyle – Matejko takich obrazów by się nie powstydził.

Tak mi się tu na wspominki zebrało, a czas goni. Może jeszcze będzie okazja powspominać. Przejdźmy do sedna. Co sprawia, że to Magiczne Miejsce jest takie wyjątkowe? O jego wyjątkowości, dla mnie, stanowią ludzie których się tu spotyka. Ci którzy byli, ci którzy są i mam nadzieję, że ci którzy tu jeszcze będą. Miejsce samo w sobie jest oczywiście urocze. Las, woda, oddalone od głównej trasy, trochę na uboczu. W porównaniu z Borkami czy Smardzewicami cisza i spokój. Gdyby jednak nie osoby, z którymi przyszło mi tu spędzać wakacje od piętnastu lat, może aż tak bardzo bym za nim nie tęsknił. Przez te wszystkie lata przewinęło się sporo postaci, różnorodnych charakterów i osobowości. Kiedyś zacząłem liczyć osoby, które tu poznałem i z które pojawiały się w Karolinowie co najmniej przez dwa sezony. Doliczyłem się około 50 osób. Niewiele z nich przyjeżdża regularnie do tej pory. Zauważyłem jednak, że nawet jeżeli nie były w Karolinowie 3, 5 lat to wcześniej czy później odwiedzą to miejsce, chociaż tak na chwilę. Przyjadą na niedzielną wycieczkę zobaczyć co się zmieniło, jak to miejsce wygląda. Może nie zawsze powiedzą cześć, ale zawsze tu powrócą. To trochę taki nasz narkotyk. Kto raz go zasmakował nigdy do końca się od niego nie uwolni. Bohaterowie Casablanki mogli odpowiedzieć na pytanie “A co z nami? Zawsze będziemy mieli Paryż.”. My zawsze będziemy mieć nasz Karolinów. Zawsze kiedy tu przyjedziesz, spotkasz kogoś znajomego. Zawsze zrodzi się ni stąd ni zowąd jakaś imprezka. Zawsze na drugi dzień nie jest lekko, ale jak to mówi Macios: “Nie jest letko co, ale nikt nie obiecywał, że bedzie letko.”. Oczywiście bardzo łatwo idealizować przeszłość i w tej chwili z pełną świadomością to robię. Tych chwil niemiłych było tak niewiele. No były i takie osoby, o których mogę dzisiaj z perspektywy czasu powiedzieć, tak jak Richard Rick Blaine, że “Ze wszystkich knajp, we wszystkich miastach, na całym świecie ona wchodzi akurat do mojej.”, ale co tam. Było ich tak niewiele, że można to wymazać gumką myszką. Karolinoholikiem jest się do końca życia. Zastanówcie się dobrze nieznajomy podróżniku zanim odważysz się tu przyjechać. To jest krok w jedną stronę.

Dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Magicznym Miejscu na skraju Lasu.

To dobry moment żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZK

Ps.
Jeżeli dobrnęliście do końca to jesteście bardzo, bardzo kochani. Za tydzień odwiedzę już Magiczne Miejsce, więc może następny Poniedziałek też będzie troszkę spóźniony, no ale to już będą trochę inne powody niż nostalgia 🙂 O tym może jednak za tydzień (a może nie).

“A jedyny powód robienia miodu to ten, żebym ja go jadł.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-09-07 01:41)