Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, właśnie siedzę przed komputerem we włosiennicy, posypuję głowę popiołem i między jednym, a drugim zdaniem batogiem przez plecy chlast, chlast. Inna sprawa, że pewnie nawet nie zauważyliście mojego sromotnego występku lub może odetchnęliście z ulgą, że w końcu ten koszmar się skończył. Ja jednak na posterunku czuwam. Spóźniony, przepełniony poczuciem winy i pełen skruchy, ale jestem. Nawet nie będę próbował się usprawiedliwiać, by nie pogarszać swojego i tak katastrofalnego położenia. W nagrodę opowiem wam pewną historię.

W minioną sobotę i niedzielę byłem w Karolinowie. Pewnie zadajecie sobie teraz pytanie, po kiego diabła on nam z jakimś Karolinowem tu wyjeżdża. Co to w ogóle jest? Otóż moi drodzy, jest to bardzo ciekawe, magiczne, wręcz bym powiedział, miejsce, gdzie odkryłem parę dni temu, że świat ma wiele wymiarów i płaszczyzn, czasami ten sam czarny kot przebiegnie ci dwa razy tą samą drogę, a jeżeli ktoś zaproponuje Ci żebyś podążał za białym królikiem, to lepiej od razu wal go w pysk i o nic więcej nie pytaj psubrata. No dobrze, ale po kolei.

Pojechałem do Karolinowa z Maciosem. Sam początek podróży był już trochę dziwny. Macios przyjechał do mnie swoim samochodem, jako że mieliśmy jechać razem. Pojechaliśmy jednak w dwa, ot taki mini konwój mknący przez uśpione wsie i miasta w piątkową noc. Wjeżdżając do Karolinowa, zatrzymaliśmy się koło Leszka, aby ładnie powiedzieć dobry wieczór (no była w końcu 22). Leszek z Magdą już trochę tak zmierzali w stronę miłych poduszeczek, ja jednak jak to ja, zacząłem kusić, że może tak na chwilkę i w ogóle. Muszę się przyznać, że zachowałem się w tym momencie jak cham i prostak. Jeszcze raz błagam o przebaczenie, bijąc się publicznie w pierś i nie mówmy już więcej na ten temat. Niech mroki niepamięci okryją mój dalece haniebny postępek, a łaskawe wielkoduszne serca, wspaniałomyślnie zapomną. Stanęło na tym, że szybciutko pojedziemy na działkę, zrobimy co swoje i tak na piętnaście minut wejdziemy na kawę. Byliśmy u Leszka pół godziny później. W okolicach północy, kiedy lekkim krokiem zmierzaliśmy przez wieś w stronę mojej działki, bo Macios spał ze mną (Paulino musisz wybaczyć, patrz wyżej na temat wielkoduszności, serca etc.), niebo gwieździste była nad nami, a prawo moralne w nas. Macios przywiózł z Bieszczad bębenek. Instrument ów jest wykonany własnoręcznie. Został wydrążony z kawałka pnia, obciągnięty kozią skórą, pomalowany w wymyślne wzory. Misterna robota człowieka mieszkającego w tipi, który przy płonącym ognisku, burzył nim spokój nocy.

Usiedliśmy w dużym pokoju, przy świetle płonącego ognia i zaczęliśmy grać. Nagle czas zaczął powoli płynąc wokół nas. Otoczył nas rytmiczny dźwięk wypełniający przestrzeń. Czas zwalniał i zwalniał. Pozostał sam dźwięk. Można było się w nim zatopić bez granic. Wszystkie złe emocje, myśli, zdarzenia gdzieś odpłynęły. Były daleko, takie nieważne. Cały pokój wypełniała pozytywne wibracje. Nie wiem jak Macios, ale ja przeżyłem swoje małe katharsis. Bóg nie obdarzył mnie niestety słuchem, ani poczuciem rytmu, ale ja się nie poddam. Mamy plan z Maciosem. Zrobię własnoręcznie taki bębenek i będę na nim grał. To już postanowione.

W sobotę była przepiękna pogoda. Cały dzień świeciło słońce. Przyjechały kolejne trzy bębenki. Każdy mógł już grać na swoim. Po południu pojechaliśmy z Maciosem samochodem do sklepu. Rozpoczął się bieg dziwnych wydarzeń. Wracając na działkę, zobaczyliśmy przed sobą olbrzymią lawetę, tarasującą całą drogę przez wieś, z której zjeżdżał walec (dla tych co nigdy nie byli w Karolinowie, aż się nie chce wierzyć, że tacy istnieją, droga przez wieś jest to 2 kilometry asfaltu, prowadzącego prosto jak w pysk strzelił). Takie duże stalowe bydle. Działo się to przed drogą, która prowadzi na działkę do Łodygi (dla tych co nigdy…, droga na działkę do Łodygi jest to kilometr ubitej gliny, otoczony polami, prosta jak w pysk strzelił). Może byliśmy trzysta metrów od walca, kiedy wjeżdżał na drogę prowadzącą na działkę do Łodygi. Popatrzyliśmy się na siebie z Maciosem z pewnym błyskiem wątpliwości i zaniepokojenia w oczach. Mogło upłynąć pięć, no może dziesięć sekund, kiedy znaleźliśmy się na wysokości inkryminowanej drogi. Z zaciekawieniem spojrzeliśmy, co też ten walec będzie za harce na niej wyprawiał. Zobaczyliśmy tylko kilometr gliny i otaczające go pola. Jakiś zimny dreszcz przebiegł po naszych plecach. Walca nigdzie nie było.

Po obiedzie poszliśmy z bębenkami na plażę. Pośrodku lasu naszym oczom ukazał się samochód ciężarowy z wysięgnikiem i koszem zamontowanym na jego końcu. Można zobaczyć takie pojazdy na ulicach miast, umożliwiają wymianę oświetlenia w ulicznych latarniach. Czyżby panowie wymieniali szyszunie przed zimą. Postanowiliśmy z Maciosem, że nic nie zburzy spokoju naszych dusz. Rozłożyliśmy się na kocyku i zaczęliśmy grać (tak mówiąc całkiem szczerze, to grał Macios, a ja mu całe dwie godziny przeszkadzałem, ile tylko sił miałem w rękach, no ale Macios jest cudowny i powtarzał mi cały czas, że idzie mi coraz lepiej). Nad naszymi głowami zaczął krążyć wiroszybowiec. Pan przeleciał może metr nad moją głową. Robi to niesamowite wrażenie. Ja popatrzyłem się na pana, pan na mnie, uśmiechnęliśmy się do siebie i już go nie było. Bardzo interesująco wygląda człowiek uwieszony na płachcie materiału z suszarką na plecach. Kurcze jaka to musi być frajda patrzeć się na to wszystko z góry. Ech żeby nie mój lęk wysokości, to kto wie (musiałem Komuś bardzo podpaść, nie dość, że żadnego talentu nie użyczył, to jeszcze milion fobii dołożył). Wieczorem przyjechała moja siostra z Michałem i amstafem. Piesek ma już siedem tygodni, poważny koleś z niego. Jest słodziutki. Taka mała kuleczka, trudno mi określić czy cała biała w kawowe łaty, czy też na odwrót. Tak milusińsko już warczy jak mu się coś nie podoba i rzuca się w kierunku gardła, ale czy coś mogło zakłócić tego wieczoru spokój mojej duszy (swoją drogą siostra, mogłaś znaleźć prostsze rozwiązanie, jeżeli nie chciałaś, żebym do Ciebie przychodził). Było nas trzech, w każdym z nas inna krew, a bębenki były cztery. Wieczór upłynął na bardzo przyjemnym muzykowaniu.

W niedzielę wybraliśmy się na wycieczkę na tamę i może nie było by w niej nic ciekawego, gdyby nie wydarzenie w drodze powrotnej. Przejechaliśmy już skrzyżowanie w Treście i zbliżaliśmy się do kurzej fermy (dla tych co nie byli…, za dużo tłumaczenia musicie po prostu w końcu przyjechać i zobaczyć to na własne oczy), kiedy to zza górki wyjechał Polonez z przyczepą. Polonez, jak to Polonez, wiadomo najlepszy samochód na świecie i zakończy na tym dyskusję. Co ciekawego było jednak w tym egzemplarzu? Może to, że jechał z górki, dosyć chwacko rzekłbym. Może to, że ciągną wyładowaną przyczepę, a może to, że kiedy się do niego zbliżaliśmy otworzyła mu się przednia klapa. Poczuliśmy się jakoś tak niepewnie utraciwszy kontakt wzrokowy z kierowcą tego białego bolidu (no wiecie nie tylko turkusowe szerszenie jeżdżą po polskich drogach). Popatrzyliśmy się na siebie i doszliśmy jednogłośnie do wniosku, całą czwórką, że najwyższa pora definitywnie zakończyć ten sezon. Coś nam nie wychodzi to od końca sierpnia. Prób była bez mała z osiem, a każda następna lepsza od poprzedniej. Tym razem to był prawdziwy weekend na działce.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Rozumiecie już chyba, że musiałem ochłonąć i poukładać sobie to wszystko w głowie.

Ps.
Pozdrawiam Paulinę. Nie przejmuj się u nas robi się już zimno, deszczowo i ponuro, a z Maciosem to nic poważnego lubimy się po prostu.

Ps
Pozdrawiam Anie, dzięki Wam świat jest lepszy.

Ps.
Pozdrawiam Wiolę, do szybkiego zobaczenia.

Ps.
No dobra, koniec tej prywaty. Za tydzień znów jadę chyba w Polskę, więc różnie być może. Nie martwcie się jednak, ja zawsze powracam. Freddi Krueger

“Odkąd Puchatek Siebie pamięta, jest to jedyny sposób schodzenia ze schodów, choć Miś czuje czasami, że mógłby to zrobić zupełnie inaczej, gdyby udało mu się przestać tuktać choćby na jedną chwilę i dobrze się nad tym zastanowić.”
A. A. Milne

(2004-09-29 00:45)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Dzisiejszy Poniedziałek dedykuję Paulinie. Paulino, jeżeli czytasz te słowa, hen daleko na obczyźnie, pamiętaj, że jesteśmy myślami cały czas z Tobą. Nawet nie zauważysz jak szybko minie te parę miesięcy i znów będziemy pić wszyscy razem zimne piwo w Magiczny Miejscu.

No cóż moi drodzy, lato zbliża się ku nieubłaganemu końcowi. Jak to mówi poeta: “Jesień idzie nie ma na to rady!”. Niedługo już będę miał przyjemność obcowania z karolinowską przyrodą. Magiczne Miejsce zostanie okryte białym, cichym płaszczem zimy. Będzie przez to jeszcze bardziej magiczne i cudowne, lecz na letnie harce przyjdzie nam poczekać z utęsknieniem. Ech nucę sobie pod nosem:

Minął sierpień, minął wrzesień –
znów październik i ta jesień
rozpostarła melancholii mglisty woal..
Nie żałuję letnich dzionków –
róż, poziomek i skowronków,
lecz jednego jedynego jest mi żal…*

Tych spotkań, które toczą się tak mimochodem w Magicznym Miejscu. Jest to bardzo dobre określenie “mimochodem”. Tydzień temu odbyła się w Magicznym Miejscu taka mała pożegnalna impreza. Jak się okazało po fakcie, żegnaliśmy odchodzące lato, a zarazem Paulinę. Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. A oto krótka historia, jak to napisał Wółek, niezłego zakończenia lata.

Od paru tygodni wyjeżdżając na działkę mam zawsze taki chytry i prosty plan. Kupię sześć piw. Wieczorem, w zaciszu pokoju, przy palącym się kominku, wśród odgłosów gadającego ognia, w purpurowej poświacie płomieni, skonsumuję je, oddając się chwili refleksji i zadumy. Słyszałem, że trzynastka jest pechowa, siódemka podobno szczęśliwa, ale o szóstce nic nie mówili. Nad tą szóstką tkwi jednak jakaś klątwa. Zawsze idzie coś nie tak Zawsze coś potoczy się tak mimochodem. Tak też było i tym razem. Naprawdę miałem takie silne postanowienie.

Jest regułą, że wszystko zaczyna się bardzo niewinnie. Kolega Raduś poprosił nas, żebyśmy przyszli do niego na ryby. Samemu tak nudno się siedzi. No cóż, ja i Michał dobre serca mamy z natury, nie mogliśmy zostawić Radusia w potrzebie. Jakie było nasze zdziwienie, zaskoczenie i oburzenie, gdy okazało się, że ryby owszem łowią się, a my tu w tym czasie może takie co nieco, to co tygrysy lubią najbardziej. Wstyd się przyznać, ale nas dwóch starych wyjadaczy, co niejedną musztardówkę w ręku trzymali, wziął przez zaskoczenie. Nawet nie zdążyliśmy się obejrzeć, kiedy okazało się, że te śladowe ilości wsiąkły w piach, pozostawiając smutek niespełnienia. Smutek pogłębiał fakt, że była dopiero godzina 16. Patrzyły na nas oczy przodków, poczuliśmy ciężar stuleci na naszych młodych barkach. Jako nieodrodni synowie tego narodu uradziliśmy z Michałem co następuje: na wieczór zakupimy w ramach rewanżu śladowe ilości i ich ćwierć; wszystko odbędzie jak przystało na Europejczyków, z ą i ę; damy świadectwo prawdzie, zadając kłam, jakoby w narodzi nie było kultury spożycia. Odbyliśmy wycieczkę do Smardzewic. Zrealizowaliśmy nasze szczytne założenia, choć złe głosy w głowie szeptały. Dumni z siebie czekaliśmy na wieczór. Do pewnego momenty wszystko toczyło się zgodnie z planem. Poszliśmy na plaże. Przy blasku świec, szumie wody, podziwialiśmy rozgwieżdżone, wrześniowe niebo, nieskalane najmniejszą chmurką, sącząc od niechcenia śladowe ilości. To ktoś rzucił uwagę na temat teorii względności, ktoś inny pochylił czoło nad Galileuszem, w podgrupach toczyła się dyskusja o poezji Cypriana Kamila Norwida. Na przystawkę podano złocisty napój o intensywnym, niepokojącym smaku, z pewną nutą goryczy. Czas płyną mile lecz nieubłaganie. Postanowiliśmy tak wyśmienicie rozpoczęty wieczór zakończyć u mnie na działce, przy płonącym ogniu w kominku, z filiżanką aromatycznej, czarnej kawy w ręku.

I tu poszło coś nie tak. Ideał sięgnął bruku. Czy znacie kogoś kto pił Balsam Pomorski. Już znacie. Balsamy mogą być podstępne. Trzeba było się zabezpieczyć. Uratować mogła nas w tej sytuacji tylko Żołądkowa Gorzka. Wypełniła doskonale swoje zadanie. Koło północy przyjechał Macios z Pauliną. Nadszedł czas pożegnania. Te smutne chwile zadumy i refleksji nad losem krajana na obczyźnie, mogliśmy spędzić tylko i wyłącznie w godnym towarzystwie Jana III Sobieskiego. Potem impreza potoczyła się już mimochodem. Nienawidzę z całego serca jej czarnych oczu. Najchętniej bym je wydłubał, ale szkoda było mi mojego magnetofonu. Część z gości miała przeprowadzoną darmową psychoanalizę i stworzony portret psychologiczny, przez pewnego pana. Pojawiły się też pewne wątpliwości co do prawdziwości i naturalności pewnych zagadnień prezentowanych przez jedną z koleżanek. Dokładnie były to dwa zagadnienia. Zrodził się tu odwieczny problem każdego badacza. Co wybrać empirię czy czystą teorię. O czwartej nad ranem znaleźliśmy się na plaży. Pożegnanie lata zmierzało powoli do końca. Już nigdy, przenigdy nie wspomnę słowem o sześciu piwach. Ale łezka w oku się kręci. To było naprawdę niezłe zakończenie lata. Reszta szczegółów tej nocy, niech pozostanie w wdzięcznej pamięci jego uczestników.

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

*Adio pomidory słowa J. Przybora

Ps.
I o czym ja będę pisał przez te długie zimowe wieczory. Ech a mnie jest szkoda lata. No o tym może za tydzień.

“To bzykanie coś oznacza. Takie bzyczące bzykanie nie bzyka bez powodu.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-09-21 01:10)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

W tym tygodniu udało mi się dotrzeć do Magicznego Miejsca. Powiem Wam dzisiaj tylko tyle: bardzo miło było. Jak to podsumował Wółek: “Niezłe zakończenie lata :-)” Wybaczycie więc, że tym razem pozwolę sobie oddać palmę pierwszeństwa innym autorom, bardziej utalentowanym, o bardziej trzeźwym oglądzie rzeczywistości. Wiecie jak to jest z weną, chimeryczna jak kobieta. Dziś tu, jutro tam. Pozwoliła sobie zlekce sobie mnie warzyć. Na pytanie czy odwiedzi mnie dzisiaj wieczorem, odpowiedziała, że nie ma aż tak odległych planów. Teks poniżej jest recenzją płyty “Reggae Africa” autorstwa yabadabadoo. Cóż mogę powiedzieć o tym autorze. Ostry dowcip, skrystalizowane sądy, wysoce wyostrzony zmysł obserwacji. Przez chwilę ogarnęły mnie nawet wątpliwości, czy jest sens abym dalej skrobał te moje Poniedziałki, kiedy tu takie osobowości tworzą na forum publicznym (pozwoliłem sobie zachować oryginalną formę tekstu). Ale co tam. Grafomana tak łatwo nie da się zniechęcić. Będę Was męczył dalej. Już za tydzień. Miłej lektury.

Jest to skladanka Greatest Hits przy czym sa tu rozni wykonawcy z Czarnej Afryki. Niektore piosenki sa po francusku czego nie lubie ale z drugiej strony dobrze, ze w Gabonie ucza sie jezykow. Lubie reggae ale mam tylko ta jedna plyte z ta muzyka bo byla bardzo tania. Najbardziej lubie oczywiscie Johna Marleya. To zreszta typowe, ze najbardziej murzyni sprawdzaja sie w muzyce. Murzyni to taki narod, ktory jest wychowany na Czarnym Ladzie czyli w Afryce. Tam normalnie lezy sie pod palma i czeka az cos spadnie. Nie trzeba pracowac. Murzyni jak wyjechali do USA to musieli pracowac na plantacjach co im nie odpowiadalo i stali sie niewolnikami. Kiedy ich uwolniono moga nareszcie robic to co lubia czyli spiewac. Z uwagi na historie murzyni nie sa wytrzymali choc moga byc bardzo silni. Teraz na olimpiadzie swietnie to wychodzi. Oni biegaja super 100m ale juz nie maraton. W maratonie nie ma w ogole murzynow. Ktos powie, ze murzyni sa dobrzy na np. 3000 metrow z przeszkodami bo tam wygralo 3 murzynow. Ale to inna sprawa. Na Czarnym Ladzie sa kraje biedy i nedzy i tam sa szczupli murzyni. I oni oczywiscie w pogoni za chlebem bardzo dobrze biegaja. Takze inne biedne kraje maja dobrych sportowcow bo sa szczupli. Czy nie widzicie co sie dzieje z pilka nozna? Do polfinalu doszli pilkarze z Iraku! Kraj spalony ogniem i mieczem gdzie nie ma co do ust wlozyc. Wszyscy szczupli. Potem Argentyna czyli najwiekszy kryzys XX wieku, jakis Paragwaj czy Ekwador co jest w zasadzie to samo no i Wlochy, takze szczupli bo na diecie z makaronem. Teraz przypomniala mi sie taka ciekawostka. Pewnie nie wiecie ale te 3 km z przeszkodami to jest tam taka przeszkoda z woda za przeszkoda. Ta woda ma w najglebszym miejscu poltora metra glebokosci! Mozna sie niezle skapac. A ci murzyni dobiegli cakiem na sucho. Mala osoba moze wpasc i woda ja nakryje. Inni murzyni z USA juz nie sa tacy prawdziwi bo maja za dobrze. Na przyklad koszykarze sa bardzo ciezcy, takie klopsiki. Waza po ponad 100 kg i jak maja wygrywac? Zawsze sie boje, ze ten kosz sie urwie jak oni sie na nim wieszaja i zamykam oczy. To moze kiedys sie bardzo niebezpiecznie skonczyc. Murzyni takze nie podnosza ciezarow bo trening jest zbyt ciezki. Ktos powie dlaczego sa dobrzy w boksie. Tez nad tym myslalem. Ale widac jasno, ze czarny bokser chce zakonczyc walke jak najszybciej by sie nie zmeczyc i tu wychodzi ich natura. Bialy bokser mysli, planuje walke i rozklada sily w czasie a czarny bokser wychodzi na ring, lutuje i idzie do naroznika a tamtego licza. Taka maja nature czego Mohamed Ali jest najlepszym przykladem. Takze murzyni nie sa dobrzy w szachy czy w warcaby bo tam trzeba duzo myslec. Oni wola spiewac i to jest ich prawdziwa natura. Stad lubie murzynskie reggea z Czarnego Ladu. Bardzo dobra plyta i pozwala sie zrelaksowach nawet jak sie jest w zlym humorze. Dzwiek jest super, pulsujacy. Czasami prawie wszystko jest w jednym kanale ale skoro nagrane na Czarnym Ladzie to nie powinnismy ich od razu przekreslac. Mozna zreszta wdusic klawisz mono i wszystko sie wyrownuje. Pomylilem sie z wytworca bo to okazuje sie nie Sony ale EMI ale mysle, ze wkrotce i tak Sony kupi EMI i wszystko sie wyprostuje.

To dobry moment żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Oryginał tekstu znajduje się pod adresem:
http://www.audiostereo.pl/skladanka_Reggae_Africa_Sony_Music–264-340-11.html

“Myślę … – zaczął prosiaczek nerwowo. Nie myśl – rzekł Kłapouchy.”
A. A. Milne

(2004-09-13 00:25)

Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Moi drodzy, niestety nie udało mi się dotrzeć w tym tygodniu do Magicznego Miejsca. Zły los stanął na drodze. Może dlatego pozwolę sobie na odrobinę refleksji, wspomnień. Mam od wczoraj cholera jakiś taki nostalgiczny nastrój (nie, nie bójcie się nie będzie nic o Sępie Miłości, jakoś ta poetyka mi nie odpowiada). Myślałem (wielkie słowo), że minie. Powiedziałem sobie: “Wyzyk napisz ten Poniedziałek lepiej jutro”. No nie minęło, a poniedziałek zbliża się ku schyłkowi. Jakoś tak zrobiło się sentymentalnie. Skreślę parę słów o Karolinowie i paru takich innych sprawach. Mam nadzieję, że kochacie mnie już na tyle, że zniesiecie kolejny odcinek pt. “Co tam Wyzykowi w duszy gra”. Jeżeli nie macie dziś na to ochoty, to nie czytajcie dalej, proponuję od razu Koszalin.

Każdy chyba powinien mieć, lub ma coś takiego, do czego zawsze chętnie powracać. Coś takiego co spowoduje, że na myśl o tym robi mu się cieplej i milej gdzieś tam pod sercem. Coś co wywoła uśmiech na twarzy, a czasem nie wiedzieć czemu spowoduje dziwne mruganie powiek. Ot pyłek, który wpadł przypadkiem do oka. Jak wiadomo, wszem i wobec, taki pyłek potrafi być bardzo podstępny. Pojawia się znikąd i nijak nie chce wypaść. Dla każdego jest to pewnie cos innego. Książka, która zapadła Ci w pamięć, film na którym stado oszalałych pyłków zaatakowało Twoje oczy, miejsce do którego zawsze będziesz wracał, osoba której możesz i chcesz powiedzieć tych kilka słów. Ja mam chyba parę takich rzeczy i dzisiaj chciałbym Wam o nich krótko powiedzieć.

Mistrz i Małgorzata Michała Bułhakowa. Przeczytałem tą książkę w całości może 20 razy, ile razy zrobiłem to czytając wybrane fragmenty, nawet nie staram się liczyć. Pierwszy raz zrobiłem to w trzeciej klasie liceum i tak już pozostała ze mną na resztę życia. Nawet doszedłem ostatnio do wniosku, że muszę poszukać dobrego introligatora (dajcie znać jeżeli takiego znacie), bo biedna książka nie wytrzyma już długo. Na razie leży więc na półce i czeka. Zawsze mam ją jednak pod ręką. Za co ją kocham. Nie da się tego powiedzieć w dwóch słowach. Czas jednak goni, może innym razem będę miał jeszcze okazję o tym wspomnieć. Na dziś powiedziałbym, że za jej mądrość i wiarę. Jak to powiedział Poncjusz Piłat: “O, nie, mój filozofie, nie zgodzę się z tobą – tchórzostwo nie jest jedną z najstraszliwszych ułomności, ono jest ułomnością najstraszliwszą!”

Nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć o Kubusiu Puchatku i Chatce Puchatka A.A. Milne. W dwóch słowach: mądrość i pogoda ducha. Zawsze kiedy czytam zakończenie Chatki Puchatka “I poszli, trzymając się za ręce. I dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, mały chłopczyk i jego Miś będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Zaczarowanym Miejscu na skraju Lasu.”, zawsze jakiś zagubiony, samotny pyłek znajdzie się w pobliżu.

Z filmem odpowiedź nie jest już taka prosta. Jest ich kilkanaście na mojej liście. No cóż, czas jednak goni. Z racji tego, że dziś raczej w sentymentalnym nastroju przebywam wymienię Casablance. Oczywiście mówię tu tylko i wyłącznie o czarno- białym oryginale. Pokolorowanie tego filmu, jest zbrodnią godną Norymbergi. Nie skalajcie jej nigdy oglądaniem w kolorze. Ech, czy muszę mówić za co kocham ten film. Parafrazując czyjeś powiedzenie (chyba kogoś z grupy “Łódź Kaliska”) są dwa powody, dla których warto znaleźć się w kinie Ingrid Bergman przede mną i Humphrey Bogart we mnie. Jak to powiedział Kapitan Louis Renault: “Bo sądzę, mój drogi Ricku, że pod tą cyniczną skorupą w głębi serca jesteś sentymentalny.”

Co do miejsca to nikt chyba nie miał wątpliwości – Karolinów. W tym momencie zatrzymajmy się na chwilę. Pierwszy raz w Karolinowie pojawiłem się, o ile dobrze pamiętam, a pamięć ludzka potrafi płatać straszne figle, zwłaszcza już w tym wieku, gdzieś tak w 1989 roku. No cóż, była to dziura zabita dechami, jak milion innych dziur na całym świecie. Z Łodzi do Tresty jechało się godzinę (około 70 kilometrów), a z Tresty do Karolinowa dwadzieścia minut (odległość około 3 kilometrów). Na wsi znajdował się jeden sklep PSS Społem, który prowadzili miejscowi gospodarze. Atrakcją tygodnia były dostawy chleba. Przywożono go chyba trzy razy w tygodniu. Cała wieś liczyła może z 40 chałup, dostawa liczyła więc około 40 bochenków. Jakaś logika szalonego matematyka to i w tym była. Po chleb należało ustawić się w kolejce już gdzieś tak o 8 rano, a czasem i wcześniej. Wiecie jak jest, miejscowe babcie na bezsenność cierpiały i człowiek też musiał cierpieć jak jeść chciał. Generalnie za każdym razem zawiązywał się komitet kolejkowy i wszyscy na wszystkich patrzyli się nieufnie. Czterdzieści chlebów do dyspozycji, a chętnych dwa razy tyle. I tak udawało się wywalczyć za każdym razem możliwość kupienia całego chleba, a nie połówki. Nie było tłumaczenia, że dzieci w domu z głodu płaczą, że ja dla sąsiada kupuję, że przecież rodzina pięcioosobowa, że babci ostatnim życzeniem było ujrzeć dwa bochenki obok siebie. Pan sklepowy był czujny jak czapla, nikt się nie prześlizgnął. Powiem może tylko tyle – Matejko takich obrazów by się nie powstydził.

Tak mi się tu na wspominki zebrało, a czas goni. Może jeszcze będzie okazja powspominać. Przejdźmy do sedna. Co sprawia, że to Magiczne Miejsce jest takie wyjątkowe? O jego wyjątkowości, dla mnie, stanowią ludzie których się tu spotyka. Ci którzy byli, ci którzy są i mam nadzieję, że ci którzy tu jeszcze będą. Miejsce samo w sobie jest oczywiście urocze. Las, woda, oddalone od głównej trasy, trochę na uboczu. W porównaniu z Borkami czy Smardzewicami cisza i spokój. Gdyby jednak nie osoby, z którymi przyszło mi tu spędzać wakacje od piętnastu lat, może aż tak bardzo bym za nim nie tęsknił. Przez te wszystkie lata przewinęło się sporo postaci, różnorodnych charakterów i osobowości. Kiedyś zacząłem liczyć osoby, które tu poznałem i z które pojawiały się w Karolinowie co najmniej przez dwa sezony. Doliczyłem się około 50 osób. Niewiele z nich przyjeżdża regularnie do tej pory. Zauważyłem jednak, że nawet jeżeli nie były w Karolinowie 3, 5 lat to wcześniej czy później odwiedzą to miejsce, chociaż tak na chwilę. Przyjadą na niedzielną wycieczkę zobaczyć co się zmieniło, jak to miejsce wygląda. Może nie zawsze powiedzą cześć, ale zawsze tu powrócą. To trochę taki nasz narkotyk. Kto raz go zasmakował nigdy do końca się od niego nie uwolni. Bohaterowie Casablanki mogli odpowiedzieć na pytanie “A co z nami? Zawsze będziemy mieli Paryż.”. My zawsze będziemy mieć nasz Karolinów. Zawsze kiedy tu przyjedziesz, spotkasz kogoś znajomego. Zawsze zrodzi się ni stąd ni zowąd jakaś imprezka. Zawsze na drugi dzień nie jest lekko, ale jak to mówi Macios: “Nie jest letko co, ale nikt nie obiecywał, że bedzie letko.”. Oczywiście bardzo łatwo idealizować przeszłość i w tej chwili z pełną świadomością to robię. Tych chwil niemiłych było tak niewiele. No były i takie osoby, o których mogę dzisiaj z perspektywy czasu powiedzieć, tak jak Richard Rick Blaine, że “Ze wszystkich knajp, we wszystkich miastach, na całym świecie ona wchodzi akurat do mojej.”, ale co tam. Było ich tak niewiele, że można to wymazać gumką myszką. Karolinoholikiem jest się do końca życia. Zastanówcie się dobrze nieznajomy podróżniku zanim odważysz się tu przyjechać. To jest krok w jedną stronę.

Dokądkolwiek pójdą i cokolwiek im się zdarzy po drodze, będą zawsze bawić się wesoło ze sobą w tym Magicznym Miejscu na skraju Lasu.

To dobry moment żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZK

Ps.
Jeżeli dobrnęliście do końca to jesteście bardzo, bardzo kochani. Za tydzień odwiedzę już Magiczne Miejsce, więc może następny Poniedziałek też będzie troszkę spóźniony, no ale to już będą trochę inne powody niż nostalgia 🙂 O tym może jednak za tydzień (a może nie).

“A jedyny powód robienia miodu to ten, żebym ja go jadł.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-09-07 01:41)