Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie

Może ktoś się będzie zżymał
Mówiąc, że to zdrożne wieści
Ale właśnie to jest klimat
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy powoli zbliżamy się do końca opowieści. Wypłynęliśmy z Zarzęcina w samo południe. Pogoda dopisywała jeżeli chodzi o słońce, gorzej było z wiatrem. Żeglowaliśmy sobie bez większych komplikacji, w tempie leniwym, aczkolwiek bardzo miłym. W Zarzęcinie mieści się stanica ZHP i właśnie młode harcerki miały zajęcia z pływania na omegach. Kluczowym punktem programu było oblewanie załóg innych łódek litrami wody. Ile było przy tym śmiechu, zabawy i pisków. Naprawdę nigdzie się nam nie spieszyło.

Pozwolę poczynić sobie tu jedną uwagę dla niedoświadczonych żeglarzy. Umawiajcie się na spotkanie z książętami pszczyńskimi na stałym lądzie. Jest to doprawdy bardzo, bardzo podstępne towarzystwo. Łatwo i chętnie do nas przychodzi i oczywiście to jest miłe, kto z nas w końcu nie lubi gościć gości. Wiadomo “Wszyscy Polacy to wielka rodzina…”. Pewien jednak problem, natury towarzyskiej, rozpoczyna się w chwili, kiedy towarzystwo wybawi się na całego i zabiera się do wychodzenia. Uwierzcie mi, że nie da się tego zrobić na łódce po angielsku. No ale nasz gość, nasz pan. Ile można wstrzymywać i opóźniać tą nieuniknioną chwilę. I chcąc, nie chcąc, goście musieli wychodzić przez dziób, tuż za fokiem.

Nasz pierwotny plan zakładał dopłynięcie do Sulejowa. Doszliśmy jednak do wniosku, że nie będziemy psuć tak pięknego dnia Panom Policjantom i Panom Ratownikom telefonami z jakiejś mielizny. Postanowiliśmy zatrzymać się na posiłek w Barkowicach Mokrych. Przy samej plaży jest bar, gdzie można kupić niezłą zapiekankę z pieczarkami, flaczki, żurku nie polecam. Obsługuje para kosmitów, płci męskiej i żeńskiej, o bliżej niesprecyzowanym wyglądzie i jakiś takich dziwnych minach. Cóż można powiedzieć więcej na temat tego uroczego miejsca. No ma bardzo fajną nazwę. Na tym pozwolę sobie zakończyć, tak na wszelki wypadek, gdyby miało się okazać, że drugi człon nazwy tej miejscowości został jej nadany nie bez kozery.

Po około dwóch godzinach wyruszyliśmy w drogę powrotną do Bronisławowa, aby spędzić tam kolejną noc. Znowu żeglowaliśmy sobie bez większych komplikacji w tempie leniwym, aczkolwiek bardzo miłym. Los bywa jednak mściwy. Na wysokości Zarzęcina dopadła nas klątwą harcerek. Wpadliśmy w jakąś pętlę czasoprzestrzenną. No wiecie, jak z tym czarnym kotem, który przed chwilą przebiegł nam drogę. Położyłem się około 15, na taką małą poobiednią drzemkę. Byliśmy wtedy na wysokości stanicy. Około godziny 16, kiedy zapytałem się gdzie jesteśmy, otrzymałem odpowiedź: na wysokości stanicy. Z pewnym niedowierzaniem postanowiłem to sprawdzić. Wychynąłem na świat z otchłani kajuty i włosy zjeżyły mi się na głowie. Byliśmy na wysokości stanicy. Słońce bezlitosne piekło. Nie było żadnej ucieczki przed nim na tym plastikowym skrawku przeklętej łajby. W kajucie diabły rozpaliły już pod kotłami. Kończyły się zapasy słodkiej wody. Co chwilę dało się słyszeć nerwowy śmiech któregoś z towarzyszy. Nikt nie patrzył sobie prosto w oczy. Zrozumieliśmy, że zbliża się nieuniknione. Nie mogliśmy mieć przecie pretensji do Łodygi. Co miał zrobić chłopak, no sam w te żagle nie nadmucha. Teoria naukowego halsowania wzięła jakoś w łeb. Bajdewind, baksztag, fordewind i nawet półwiatr wzięły sobie wolne i wyjechały na urlop, na Mazury. Los ulitował się w końcu i udało się nam dotrzeć jakoś do Bronisławowa (tu pozwolę dokonać sobie pewnego skrótu, bo postanowiłem zakończyć w tym tygodniu ten wątek, zresztą o czym tu mówić, o tym, jak podchodziliśmy z pięć razy do wejścia do portu i jakoś tak nie mogliśmy trafić w półkilometrowy przesmyk, dwa razy lądując prawie że na mieliźnie, wiało nudą po prostu).

Noc w Bronisławowie nie była już taka wesoła. Tęskniliśmy za Zarzęcinem. Bronisławów to typowy asfalt, betonowe ścieżki, bary i mnóstwo buców w dresach z paskami, rozmnażającymi się przez pączkowanie, tak że trudno je zliczyć. Pamiętajcie Zarzęcin i tylko Zarzęcin. Poszliśmy wcześnie spać, w nocy była burza.

Wstaliśmy rano i nie było już fajnie. Niebo pokrywały granatowo – stalowe chmury. Łódkę mieliśmy oddać do godziny 14. Chcieliśmy zrobić to szybko i sprawnie. Na naszych chęciach się zakończyło. Zanim wygrzebaliśmy się z pieleszy, zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy cały majdan, zrobiła się godzina 12. Chmury były bardziej granatowe i stalowe niż o poranku. Wypłynęliśmy w stronę burzy. Rozpoczął się wyścig z czasem. Zwątpiłem w naszą szczęśliwą gwiazdę. Spowodowała to Macios. Macios do tej pory radosny i beztroski spochmurniał. Minę miał poważną, zatroskaną. Ze słowami na ustach: “Ja to wszystko pitolę” poszedł położyć się do kajuty. Łodyga i Paulina byli dobrej myśli, ale i tak atmosfera zrobiła się napięta. Zaczął padać deszcz. To tu, to tam uderzał piorun, przetaczając się po zalewie z złowróżbnym hukiem. Udzieliła mi się nerwowość i napięcie Maciosa. Reszta wymuszonym uśmiechem pokrywała zdenerwowanie i rodzący się strach. Płynęliśmy już w strugach deszczu. Burza była przed nami. Wszystko wskazywało na to, że wpływamy w oko cyklony. Ustał wiatr. Zrozumiałem dojmujące znaczenia powiedzenia “Cisza przed burzą”. Nie chciałem już patrzeć na Maciosa. Strach był zbyt wszechogarniający.

Jak to mówi przysłowie: “Głupi ma zawsze szczęście”. Na szczęście dla nas okazało się ono prawdziwe. Tylko zmokliśmy, a u niektórych pojawiło się parę siwych włosów na skroni. Cała nawałnica ominęła nas bokiem. Do plaży w Karolinowie dopłynęliśmy na pagajach radośni i szczęśliwi, że to jednak już koniec. Nastąpiło szybkie rozpakowanie łódki (czas gonił, była już prawie 14). Do Borek popłynął Łodyga, Macios, Wółek i Maro. Czekała ich jeszcze męska rozmowa, z miejscowym Bosmanem, na temat stanu tej starej krypy i kosztów, które poniesiemy za jej wypożyczenie. Ja miałem przyjechać po nich do Borek samochodem. W międzyczasie rozpadało się na dobre. Chłopaki odbyli mało ciekawą, dwugodzinną podróż na pagajach i w deszczu. Dali znać około 16, żebym już jechał.

Łodyga, wspierany dzielnie przez pozostałych, stanął na wysokości zadania. Łodyga przeprowadził bardzo męską i twardą rozmowę z Bosmanem. Wynikiem jej było obniżenie kosztów wypożyczenia łódki z 240 złotych do 120 (zapłaciliśmy tylko za jedną dobę) i stwierdzenie Bosmana, abyśmy już tu więcej nie przyjeżdżali i tak u niego łódki nie dostaniemy. Panie Bosmanie nie ma obawy. Nawet gdyby Pan chciał nam dopłacić, więcej nasza noga u Pana nie postanie. Pozdrawiamy ozięble, z domieszką ironii.

Cóż mogę powiedzieć na zakończenie. Było to rewelacyjne 48 godzin. Dziękuję wszystkim za doskonałe towarzystwo i zabawę. Przypomnijmy sobie: Łodyga, Macios, Paulina, Maro, Magda, Wółek, no i ja WYZYK – doborowa drużyna, której znajomość okrzepła w trudach i znojach wyprawy. Żegnajcie, może kiedyś, gdzieś uda nam się jeszcze spotkać pośród bezmiaru toni wód.

Pływał raz WYZYK, który
Żywił się wyłącznie pieprzem
Sypał pieprz do konfitury
I do zupy mlecznej

To dobry moment żeby zakończyć (łezka kręci mi się w oku)

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
I tak dobiegł do końca wątek skandalu pływacko – obyczajowego. Pozwoliłem sobie dokonać pewnych skrótów, bo podobno moja opowieść zaczęła przypominać już “W kamiennym kręgu”. Może za tydzień będzie jakiś mały epilog. Parę takich luźnych uwag o rzeczach, które z uwagi na zdrowie psychiczne i możliwości percepcji moich szanownych czytelników pominąłem. Może będzie coś innego. Zobaczymy.

Ps. 1
Zaznaczam też, że wszystkie opisane w tej historii wydarzenia są fikcyjne. Ot wytwór chorej wyobraźni autora. Wszelkie podobieństwo do czegokolwiek i kogokolwiek jest przypadkowe i niezamierzone.

“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-08-30 18:33)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*