Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Kiedy rum zaszumi w głowie
Cały świat nabiera treści,
Wtedy chętnie słucha człowiek
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy, członkowie drużyny nieświadomi siły fatum, które nad nimi zawisło rozpoczęli wyprawę w nieznane. Pogoda była jak marzenie. Słońce przygrzewało milutko, wiał lekki wietrzyk, tak akurat aby spokojnie sobie popływać. Mieliśmy na wstępie pewny problem z odpłynięciem w nieznane. Dowiedziałem się wtedy, ku memu ogromnemu zdziwieniu, że łódki nie płyną na wprost. Okazało się też, że czasami płyną tam gdzie same chcą. Po małych wysiłkach udało nam się w końcu wyjść na otwarte wody. I tu nastąpiła niemiła niespodzianka. Miecz zaciął się i mając za nic nasze starania, nie chciał się wysunąć.

Wyzyk siedział skulony w kokpicie. Przez twarz biedaka przewijały się wszystkie kolory tęczy. To był blady jak płótno, to przypominał kiść winogron, za chwilę zaś kardynalskie szaty. Jedynym ratunkiem pozostawali książęta pszczyńscy. Toteż Wyzyk zaczął ratować się bez opamiętania.

Łodyga z Maciosem po bezowocnych próbach opuszczenia miecza doszli do wniosku, że bez niego nie zostaniemy pogromcami zalewu. Postanowili dobić do brzegu, przechylić łódkę i odblokować go. Tak też zrobiliśmy. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. I tu na ratunek przyszedł Macios, który nie zważając na niebezpieczeństwo, postanowił heroicznie zanurkować pod łódkę i wyciągnąć miecz. Wszyscy już mieliśmy wizje Maciosa z głową rozpłataną kilkunastokilogramowym żelastwem, unoszącego się na spokojnych, zielonkawych toniach zalewu (zielonkawych, jako że jak co roku zalew zaczął już kwitnąć, pokrywając swą powierzchnię malowniczą warstwą glonów).

Kolega Łodyga spoglądał nadal podejrzliwie w stronę Wyzyka, posądzając go niesprawiedliwie i bez zdania racji, że wykorzysta on chwilę nieuwagi pozostałych uczestników i czym prędzej czmychnie tchórzliwie w stronę ściany lasu. Ja zaś nieświadom niczego trzymałem w jednej ręce linę, którą przyczepiliśmy do masztu, aby przechylić łódkę, w drugiej zaś butelkę ze złocistym lekarstwem na mą skołataną duszę. Cała operacja zakończyła się pełnym sukcesem. Zadowoleni z siebie wskoczyliśmy na pokład (ja powoli zacząłem wskakiwać już jak sarenka).

Łodyga przy sterze, dzierżąc dzielnie rumpel, zakrzyknął dziarsko: “Do zwrotu przez sztag.”. Wszyscy zgodnym chórem odpowiedzieli: “Yes do zwrotu przez sztag”. Łodyga, rumplując z całych sił, wydał komendę: “Lewy foka szot luz i prawy foka szot wybieraj”. Już widzieliśmy te fale, rozpruwane dziobem naszej łajby, te wołające o litość i zmiłowanie młode harcereczki, których Omegi szły powoli na dno po naszym abordażu, już czuliśmy ten wiatr we włosach i glony na naszych twarzach. Było już tak pięknie, za pięknie, wręcz obrzydliwie pięknie.

Na szczęście właśnie w tym momencie zobaczyliśmy zrozpaczoną twarz Łodygi, który trzymał przed sobą ułamany rumpel. Ja tam się nie znam i nie chcę się mądrzyć, ale chyba ciężko gromiłoby się Zalew bez sprawnego steru. Od czego jednak mieliśmy Maciosa. Macios, jak to Macios, z obojętną miną słonia, wziął od Łodygi rumpel, drugą stroną wbił go w ster, uśmiechnął się skromnie i zakomunikował, że usterka została już usunięta. Pomyśleliśmy sobie, że najgorsze już za nami. Z otuchą w sercu i pieśnią na ustach wyruszyliśmy na północ.

Teraz wszystkie oczy zwróciły się z pewnym zainteresowaniem na Wyzyka. WYzyk, który do tej pory siedział w kokpicie, na koi, zaczął coraz śmielej wyzierać na świat. Twarz mu się uspokoiła, poliki przyoblekł zdrowy rumieniec, w oczach zaczęły igrać wesołe błyski. I nie wiadomo co było przyczyną tego stanu rzeczy, czy kojący głos Łodygi, czy entuzjazm Maciosa, czy spokój Pauliny, czy też żarciki Mara, Magdy i Wółka (ja tam bym raczej stawiał na książąt pszczyńskich), fakt jednak faktem, że WYZyk, wyszedł na pokład. Drużyna nie zdążyła otrząsnąć się jeszcze z pierwszego szoku, kiedy to WYZYk wesołym krokiem starego wilka morskiego (no rozumiecie, że na łódce buja, więc człowiek ma prawo się chwiać) udał się w stronę dziobu. Oczom wszystkich ukazał się WYZYK na skraju dziobu, uczepiony sztagu, z rozpostartymi szeroko rękoma, który coś zaczął krzyczeć o jakimś królu świata. Potem było już z górki. WYZYK luzak łapiący przechyły, WYZYK ostoja spokoju i opanowania, WYZYK stary pirat.

Icki na wantach leniwie łopotały poruszane lekkim baksztagiem. Dzień upłynął sielsko na spokojnym żeglowaniu. Co ciekawe, okazało się że najkrótsza droga z punktu A do punktu B nie przebiega w linii prostej, tylko przez punkt C, D E, itd. Podobno nazywa się to halsowaniem i podobno na tym polega cała przyjemność. Tylko, że z mojego punktu widzenia polegało to na płynięciu tam i z powrotem, tam i z powrotem i znowu tam i z powrotem, co po jakiś 2 godzinach pozwalało nam pokonać w linii prostej, tak gdzieś około 500 metrów (no oczywiście jak wiatr był sprzyjający).

Na szczęście mieliśmy Wółka, który starał się utrzymać w nas wysoki poziom adrenaliny. Zrodził się w jego głowie drobny problem natury psychologicznej (sugerował zresztą bez krzty racji, że udzielił mu się on jeszcze od Wyzyka, ech ci nieżyczliwi ludzie, co też potrafią napleść). Niezależnie od tego jak daleko znajdowała się inna łódka, którą mijaliśmy, czy był to kilometr, czy dwa, zawsze wydawało mu się, że płyniemy na kurs kolizyjny. No może raz, najwyżej dwa z kajaka zrobilibyśmy U-Boota, ale Maro był zawsze czujny i okrzykiem “Wiosłuj stary, wiosłuj” opanowywał sytuacje. Szkoda nam było Wółka, ale cóż nie każdy w końcu może wykazać się hartem ducha WYZYKA.

Na noc przybiliśmy do kei w Zarzęcinie. WYZYK wam mówi, że jeżeli będziecie kiedykolwiek żeglować po zalewie, to nie warto spędzać nocy w żadnym innym miejscu. Znajduje się tu malowniczo położony wśród lasów, na wysokim klifie, namiot, w którym znużony podróżnik może znaleźć wszystko co potrzebne do pokrzepienia duszy i ciała. Piwo co prawda trochę drogawe jak na to miejsce (4 pln), ale szanty śpiewane do białego świtu przez miejscowych zabijaków osładzały tą drobną nutę goryczy. Towarzystwo powoli się wykruszało. Do końca pozostali przy stoliku najtwardsze wilki morskie: WYZYK (około 11 książąt na swoim koncie), Macios (wynik zbliżony) i Paulina (ktoś musiał trafić na łódkę). W doskonałych humorach udaliśmy się na zasłużony spoczynek. Nasze doskonałe samopoczucie nadwyrężyło trochę spokój duszy Mara, będącego już na nocnych marach. Przez naszą nierozwagę został wyrwany brutalnie z tego błogiego stanu. Coś tam wspominał, wychodząc spać na keje, że będziemy nazajutrz biegać po rejonach. Niektórzy moi koledzy (opacznie zresztą jak się później okazało) odczytali to jako aluzję do szpitali rejonowych. Dlatego też, jako odpowiedzialni obywatele, w trosce o i tak już nadwyrężoną kondycję służby zdrowia, udaliśmy się bez dalszego ociągania spać. Następnego dnia wstaliśmy skoro świt. Rozpoczął się kolejny dzień wyprawy…

Kto chce ten niechaj wierzy
Kto nie chce, niech nie wierzy
Nam na tym nie zależy
Więc wypijmy jeszcze

To dobry moment, żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Historia skandalu pływacko-towarzyskiego miała składać się z dwóch odcinków, ale jakoś tak wyszło, że powstanie trzeci. No nie da się tego nijak skrócić (i tak z wielką strata dla mej twórczości, w trosce o Wasze zdrowie tnę jak tylko mogę) . Uwierzcie mi, też Wam współczuję
z całego serca.

Ps. 1
Zrobię wszystko, żeby za tydzień zakończyć już ten wątek, ale klnę się na moich przodków Wikingów, że najlepsze jeszcze przed Wami 🙂

“Jest Biegun Południowy – odparł Krzyś – i jest chyba jeszcze Biegun Wschodni i Zachodni, choć ludzie nie lubią o nich mówić.”
A. A. Milne

(2004-08-16 01:45)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*