Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Łajba to jest morski statek,
Sztorm, to wiatr co dmuch z gestem
Cierpi kraj na niedostatek
Morskich opowieści

Tak, tak moi drodzy wyprawa trwała. Wstaliśmy skoro świt, a świt to był prawdziwy (przynajmniej, jeżeli kładziesz się spać tak jakoś tuż przed świtem). Była godzina siódma rano i słońce wygoniło nasz z kajuty. Co dziwne, powiem Wam, że ja przynajmniej czułem się rześki i w pełni gotowy do dalszych przygód.

Razem z Maciosem, Pauliną i Wółkiem postanowiliśmy iść do sklepu. Taka mała wyprawa w nieznane, ot Zarzęcin o poranku. Znajomość realiów polskiej wsi ułatwiła nam w znacznej mierze poszukiwania. Tu parę słów porady dla niedoświadczonego turysty: odnajdź główną drogę prowadzącą przez wieś, idź przed siebie, patrz gdzie kłębi się tłumek potrzebujących, a wcześniej czy później na pewno natkniesz się na sklep. Centrum gastronomiczno-kulturalne przerosło nasze oczekiwania. Stanęliśmy przed pięknym, jednopiętrowym budynkiem, w szarym kolorze, o doskonałym kształcie prostopadłościanu. Mieliśmy tu wszystko, strawę dla ducha i dla ciał. W budynku, na parterze, mieściła się kaplica i sklep spożywczy, rozdzielone placówką ochotniczej straży pożarnej, a na pierwszym piętrze swoją miejscówkę (zauważyłem, że jest to ostatnio sformułowanie bardzo trendy, ale to jest już raczej temat na inną opowieść) miała oaza. No żyć nie umierać, biorąc zwłaszcza pod uwagę te młode niewinne duszyczki.

Szefową sklepu była Pani Henia. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce. Już, już zbliżaliśmy się do lady, gdy do sklepu wszedł osobnik płci męskiej, w wieku czterdzieści, pięćdziesiąt lat. Wzrok miał dziki, posturę nikczemną, chuch nieświeży. Wdarł się przed nas. Usłyszeliśmy z jego ust sakramentalne zdanie: “Henia chleb, paczka waletów i wino”. Pani Henia, opoka miejscowego handlu, stanęła na wysokości zadania. Kulturalnie acz stanowczo zakomunikowała przybyszowi: “Stasiek, ale Ci Państwo byli przed tobą w kolejce”. Stasiek obrzucił nas wzrokiem, który z racji wczesnej pory jak i stanu Staśka nie wyrażał zbyt wiele i zakomunikował, kierując swe słowa gdzieś w przestrzeń, pomiędzy nami a Panią Henią: “Młodzi są, stali tyle to jeszcze chwilę postoją”. No cóż takiej sile argumentów nie było się w stanie oprzeć. Może też kiedyś znajdzie się człowiek w potrzebie. Może jakaś życzliwa dusza się ulituje, tym bardziej, że wina już nie było, została tylko nalewka i zrobiło się nam żal chłopa. Biedny Stasiek, chcąc nie chcąc musiał zadowolić się jakimś marnym ersatzem.

Ja z Wółkiem zakupiłem najbardziej niezbędne produkty (po suchej bułce i litrze maślanki, oj, joj, joj jaka była dobruchna). Paulina chciała zakupić świeczki na wieczór. Perfidnie ich zabrakło (to pewnie była sprawka tej oazy, no wiecie wino, świece i poezja Cypriana Kamila Norwida po blady świt), ale za to Pani Henia zaproponowała nam znicze. Tu powstał pewien problem natury estetycznej. Mieliśmy do wyboru znicze w odcieniu błękitnym, czerwonym i zielonym. Po krótkiej, ale zagorzałej dyskusji, w której czynny udział wzięła Pani Henia wybraliśmy, nie wiedzieć czemu, zielony. Niepojęte są zakamarki kobiecej psychiki, no i oczywiście psychiki Pani Heni. Paulina z Maciosem kontynuowali zakupy, a my z Wółkiem udaliśmy się przed sklep. W tym momencie poczułem się jak w Karolinowie. Dwaj skacowani osobnicy, siedzący na ławce, zmierzwiony włos, królicze oczka, maślanka w dłoni, a tu cała wieś do kaplicy udaje się na poranną mszę. Ech człowiek to całe życie ma jakoś tak pod górkę. Popatrzyliśmy się na siebie z niemym wyrazem bólu i poczucia niesprawiedliwości, rysującym się w naszych pięknych młodych oczętach i doszliśmy do wniosku, że chyba pora już wracać na łódkę.

Na miejscu okazało się, że prawie już wszyscy wstali (poza Marem, ale nie mieliśmy sumienia go jakoś budzić, jakoś tak bardzo się nam nie spieszyło, niech się w końcu chłopak wyśpi, mamy przecież dobre i wrażliwe serca na ludzkie potrzeby). Kolega Łodyga przygotował nam pyszne śniadanie. Było ono iście królewskie jak na te warunki, a najbardziej zaimponowała mi deseczka do krojenia chleba w kształcie jabłuszka (jest to jeden z podstawowych elementów teorii kolegi Łodygi, teorii “drobnych przyjemności”, pozwolę sobie jednak poświęcić tej kwestii osobny Poniedziałek). Po śniadaniu, porannej toalecie (tak, tak jesteśmy cywilizowanymi troglodytami) udaliśmy się na keję, aby przyjemnie poleniuchować w promieniach porannego słońca.

I tu w nasze życie wdarło się złowieszcze fatum, a geniusz Łodygi objawił swoją wielkość. Zaczęło się niewinnie. Jako że lepiej jakoś tak czułem się w pozycji horyzontalnej, położyłem się na rozłożonym na deskach śpiworze. Wzrok utkwiłem tępo w niebo, przybierając jednocześnie na twarzy wyraz zadumy i refleksji. Po mojej głowie ganiały się jakieś dwie dziwne myśli. Jedna coś mówiła o książętach, pszczyńskich, chyba. Druga, krzyczała coś, że nigdy więcej, że to już definitywny koniec tej znajomości, rodzinka jakaś taka podejrzana i wątpliwych zalet. Dominował zaś tępy ból. Książęta pszczyńscy odnosili właśnie swoją vicotrię pod Wiedniem, gdy mój wzrok utkwił w miejscu, w którym sztag przymocowany jest do masztu (dla mniej wytrawnych wilków morskich: sztag – metalowa linka podtrzymująca maszt, rozciągnięta miedzy dziobem a topem masztu). W tym momencie mój ogląd świata wyostrzył się, a w głowie rozpoczęła się rozpaczliwa gonitwa fobii. Nie mam zbyt dużego doświadczenia w tych sprawach, ale linka ta, nie powinna chyba przypominać w tym miejscu jeża w okresie godowym. Tak nieśmiało zapytałem się Maciosa i Łodygi co też oni uważają na ten temat. Z racji tego, że moja twórczość skierowana jest do szerokiego kręgu odbiorców pozwolicie, że nie zacytuję tu słów które padły. Cały maszt trzymał się na trzech cienkich drucikach. Rozpoczęła się akcja opuszczania masztu. Dobrze, że był z nami Maro, który wyspany już i w dobrym humorze pomógł nam w całej operacji. Chłopakom udało załatwić się stary, zardzewiały sztag od miejscowego bosmana i tak trochę na wpół prowizorycznie przymocować go do masztu.

Bosmana z Borek bardzo musiały piec uszy, bo zadzwonił do Łodygi. No cóż nie poprawił nam nastroju. Zakomunikował, że powinniśmy już wracać, bo co prawda wypożyczył nam łódkę na dwie doby, ale zapomniał, że obiecał ją wcześniej komuś innemu. Odbyła się ożywiona dyskusja (też pozwolę sobie jej nie przytaczać w szczegółach) co dalej robić. W WYRZyku, zaczął trochę słabnąc morski duch. Tego było trochę za dużo. Reszta drużyny też zaczęła się wahać. I tu po raz kolejny stanął na wysokości zadania Maro, który w słowach mocnych, męskich, szczerych, bezpardonowych powiedział co myśli o całej sytuacji i co może sobie Pan Bosman zrobić z zapomnianą rezerwacją. Nie wypożyczajcie nigdy łódki w Borkach, będziecie dłużej żyć, a na pewno będziecie zdrowsi.

Wyprawa trwała dalej. Tak oto w samo południe, pożegnaliśmy przyjazną keję w Zarzęcinie. Niektórym łezka zakręciła się w oku, kiedy odbijaliśmy od kei. Dziewczęta machały nam na pożegnanie z wysokiego klifu, patrząc z zadumą w dal, a stary Bosman udawał, że to wiatr sypnął mu piachem w oczy. Przed nami rysował się odległy horyzont i bezmiar wody. Rozpoczął ie. kolejny dzień wyprawy.

Niech drżą gitary struny,
Niech wiatr grzywacze pieści,
Gdy płyniemy pod banderą
Morskich opowieści

To dobry moment, żeby zakończyć

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
No tak dzisiaj miało się zakończyć, ale widzicie sami, no nie da się:-) Niektórzy zresztą składali reklamację, że traktuję temat zbyt powierzchownie, no ale czy ludziom się dogodzi

Ps.1
Przepraszam, że tak późno, ale rozumiecie geniusz ma swoje prawa i swoje niedoskonałości. Nie zawsze jest ot tak na zawołanie.

Ps.2
O kurcze, wiecie ile mam w głowie jeszcze pobocznych wątków, które rodzą się w trakcie pisania, aż sam się boję 🙂

“Kiedy się idzie po miód z balonikiem, to trzeba się starać, żeby pszczoły nie widziały, po co się idzie.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-08-23 23:55)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*