Witaj miły poniedziałku

Witam serdecznie.

Kto chce ten niechaj słucha
Kto nie chce, niech nie słuch
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści

Tak, tak moi drodzy, dziś będzie o tym jak Wyzyk został postrachem kajaków i rowerów wodnych na Zalewie Sulejowskim.

Zaczęło się wszystko niewinnie, od kolegi Łodygi, który tak z pewna nieśmiałością zaproponował, abyśmy wypożyczyli łódkę na trzy dni (tak naprawdę były to dwie doby, ale w tej formie lepiej brzmi, to te negatywy, które umiejętnie zamieniam w pozytywy). Wtedy to niejaki kolega Wyzyk, człowiek o słabym duchu i nikczemnym spojrzeniu na rzeczywistość zakrzyknął: “Co ja i łódka!? Jedynie gdy będzie to łódka Bols!”.

Koledze Łodydze zrzedła trochę mina. Postanowił zignorować jednak te wątpliwej konduity uwagi i uporczywie dążył do celu. Kolega Łodyga miał pewną misję do spełnienia. I tak, wyprawa pierwotnie zaplanowana na siedem osób, miała odbyć się w składzie trzyosobowym (Łodyga, Macios i Paulina), jako że serca pozostałej trójki potencjalnych uczestników (Wółka, Mara i Magdy) zostały zatrute wyziewami wątpliwości, sączącymi się z ust ludzi o małej wierze. Cała wyprawa drużyny została zagrożona, a ze wschodu nadciągały czarne chmury.

Opatrzność, zesłała nam jednak Łodygę. Mędrzec ów wiedział doskonale, iż nawet najmarniejsza istota, którą los zesłał dla sobie tylko wiadomych przyczyn, może odegrać jakże znaczącą rolę w jego wypełnieniu, nie do końca jeszcze uświadomioną i umykającą ludzkiemu rozumieniu, ale przez to tym bardziej ważką. Powoli, jak kropla źródlanej wody drążąca kamień, wypełniał umysł kolegi Wyzyka czystą myślą.

W ciemnych zakątkach duszy Wyzyka zaczęły rodzić się wątpliwości. Tu jakiś telefon, tam uwaga rzucona mimochodem, tak od niechcenia, kąśliwa i pełna ironii, ale zarazem przepełniona życzliwością, troską, ciepłem, ot takie dobrotliwe strofowanie. Na skamieniałej powierzchni fobii i zniechęcenia Wyzyka zaczęły pojawiać się drobne rysy. W pierwszej chwili niezauważalne, niczym jedno piwko przed obiadem, z czasem zaczęły rozrastać się i potężnieć.

Przesilenie nastąpiło w środę o poranku, kiedy to Wyzyk zachwiał się w swoim postanowieniu pozostania na lądzie. Targały nim wewnętrzne sprzeczności, w głowie panował chaos (nie tylko spowodowany głosami, ale również skutkami poprzedniego wieczoru, no ale to już historia na zupełnie inne opowiadanie). Zapadło postanowienie. Wsiądę na łódkę na próbę, popływam godzinę, dwie i jak nie będzie mi się podobało, to opuszczę starą krypę w porcie Karolinów, a cała reszta popłynie dalej.

Ta postawa Wyzyka przepełniła radością serca wszystkich członków drużyny, a wahającym się, pozwoliła podjąć ostateczną decyzję. Wypływamy wszyscy w rejs na trzy dni i dwie noce ( z pewnym drobnym znakiem zapytania – Wyzykiem). Łodyga, Macios i Paulina wyjechali w samo południe w stronę tamy. Wyprawa miała rozpocząć się dla reszty za około dwie godziny, po przybyciu krypy do karolinowskich wybrzeży. I tu Bogowie okazali się nieprzychylni po raz pierwszy. Łódka, która miała czekać na śmiałków w Borkach, opuściła już port i miała powrócić dopiero za dwie, trzy godziny. Morale załogi zostało nadszarpnięte. Siła ducha Łodygi była jednak niezłomna, już nic nie mogło zawrócić go z raz obranej drogi (Macios w tym czasie ratował swoją niezłomność i nerki zarazem, w sposób bardziej cywilizowany niż upajanie się jakąś duchowością). Moja skromna osoba zaś, jako że każdy skazaniec ma prawo do ostatniego posiłku, udała się do domu w celu jego spożycia. Uwierzcie mi, że kotlety mielone, ziemniaki i maślanka nie miały dotychczas tak niepowtarzalnego smaku (muszę się w tym miejscu pochwalić: ziemniaki sam obrałem, sam posoliłem wodę, sam ugotowałem, sam otworzyłem maślankę, sam wyjąłem kotlety z zamrażalnika, nie wspominając o ich przygrzaniu oczywiście).

To była środa 21/07/2004. Piękne lipcowe popołudnie leniwie toczyło się wokół. Przeznaczenie dopadło nas o godzinie 15, kiedy to zaokrętowaliśmy się na ten stary bryg. Moje pierwsze kroki w stronę pokładu były niepewne, chwiejne, pełne wątpliwości i złych przeczuć. Nerwowo zerkałem na boki, szukając drogi ucieczki. Było jednak za późno. Za moimi plecami Macios, Wółek i Maro, czujni niczym czaple, gotowi byli zdławić najmniejszy przejaw buntu w samym zarodku. Nigdy nie wierzyłem w opowieści ludzi, którym życie, niby film w ciągu pary sekund przebiegło przed oczami. Już nie jestem takim sceptykiem. Gdy moje stopy utraciły kontakt ze stałym lądem, poczułem przypływ mdłości. Jedynym promykiem nadziei był ten boski dźwięk brzęczącego szkła, butelki obijającej się o butelkę, dochodzący z bakisty. Ech i jak tu nie kochać książąt pszczyńskich! Ląd powoli i nieubłaganie nikł z pola widzenia śmiałków. Tak rozpoczęła się wyprawa. Nikt z nich, nie zdawał sobie jeszcze sprawy z faktu, jak wielką siłę ma fatum, które zawisło nad nieświadomymi niczego członkami drużyny…

Kto chce ten niechaj słucha
Kto nie chce, niech nie słuch
Jak balsam są dla ucha
Morskie opowieści

To dobry moment, żeby zakończyć.

Pozdrawiam

WYZYK

Ps.
Dziś tylko takie krótkie wprowadzenie, ale za tydzień to będzie się
działo 😉

“Czasami jest to Statek, ale częściej jest to Katastrofa. To wszystko zależy. – Zależy? Od czego? – Zależy od tego czy jestem na nim, czy pod nim.” (Puchatek)
A. A. Milne

(2004-08-08 23:48)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*